Dzień: [1] [2] [3] [4]


Portonovo – Sirolo – Numana

poniedziałek, 25 IV 2022


Miękkie lądowanie | Z plaży na plażę | Powrót stopem do Ankony


Dziś robimy wycieczkę na plażę Mezzavalle (Spiaggia Mezzavalle). Idziemy na piechotę chociaż to około 8 kilometrów, ale chcemy wykorzystać okazję do wycieczek pieszych. Wkrótce wychodzimy poza miasto, i wędrujemy wśród pól i zagajników regionu Marche. Kwitną czereśnie i jaśminy, pola orne zaczynają się zielenić. Od czasu do czasu odsłaniają się widoki nas południe i południowy zachód. W oddali widać miasteczka na wzgórzach z wysokimi wieżami kościołów. A jeszcze dalej – lekko przymglone góry. To Apeniny. W tej części Włoch góry sięgają tysiąca metrów n.p.m. Z dużym wstydem przyznaję się, że nigdy nie byłem w Apeninach – w sensie chodzenia po górach. Nie ciągnęło mnie, nie było ani specjalnej okazji ani specjalnego powodu. Najczęściej kojarzyły mi się z opowiadaniem Edmunda de Amicis „Od Apeninów do Andów”. Od dziecka wyobrażałem sobie Apeniny jako niewysokie góry i w dodatku bardzo zurbanizowane. Takie Sudety 😊. Faktem jest jednak, że góry przewyższają wysokością Tatry (Corno Grande 2912 m n.p.m.) i na niektórych obszarach mają rzeźbę alpejską. Na ich terenie znajduje się parę parków narodowych i innych obszarów chronionych, więc z pewnością można znaleźć bardziej bezludne przestrzenie. Może się kiedyś wybiorę? Na przykład do Parco Naturale Regionale Gola della Rossa e di Frasassi, gdzie znajdują się Jaskinie Frasassi (Grotte di Frasassi) zalabastrową Komnatą Świec?

Po dwóch godzinach dochodzimy do parkingu, z którego prowadzi niewyraźna dróżka w stronę morza. W tym miejscu znajdują się wysokie klify, żeby zejść na samą plażę posuwamy się bardzo stromą i, jak się za chwilę okaże miejscami śliską ścieżką.

– Pójdę pierwszy – zwracam się do Renaty. – Uważaj, bo tu jest błoto i można...

Urywam w połowie zdania, zjeżdżam w dół parę metrów i ląduję tyłkiem w błocie.

– ... się poślizgnąć.

Śmiejemy się.

– Nic się nie stało, w porządku.

– Zdarza się, tak.

Plaża jest piaszczysto-kamienista, a białe klify schodzą po lewej i po prawej stronie wprost do morza, zamykając plażą z obu stron. To właśnie z klifów Monte Conero pozyskiwano kamień na budowę Łuku Trajana, a później katedry i wielu innych budowli w Ankonie.

Praktycznie nie ma tu ludzi, w sumie może dziesięć osób na odcinku kilometra. Nikt się nie kąpie, dla Włochów jest za zimno, a my chyba nie mamy ochoty. Rozkładamy się na ręcznikach i mamy czas dla siebie.

– Wystarczy opalania – stwierdza po godzinie Renata, a ja przyznaję jej rację: przy gęstniejących chmurach nic z tego już nie będzie.

– Spróbujmy przejść na następną plażę bez wchodzenia na górę – proponuję.

– A da się?

– Nie wiem, ale tam idą brzegiem ludzie. Albo próbowali i się wycofali albo przyszli z sąsiedniej plaży.

Okazuje się, że jest przejście jest możliwe i to nawet bez wchodzenia do wody. Kolejna plaża w Portonovo (Spiaggia di Portonovo) jest mniejsza, ale bardzo zatłoczona. To znak, że łatwiej tu się dostać. Istotnie, droga asfaltowa serpentynami schodzi tu do samego morza, przywożąc stęsknionych za spokojem Włochów. Tutaj go, co prawda, nie zaznają, wokół mnóstwo hałaśliwych restauracji i innych punktów gastronomicznych. Ale może to lubią, kto wie?

Ruszamy asfaltem w górę.

– Będziemy łapać stopa? – pyta Renata.

– Tak, tu zaraz za zakrętem – odpowiadam i zaczynam machać.

Trzeci samochód się zatrzymuje. Jedziemy z włoskim małżeństwem, które nie tylko dojeżdża do głównej drogi, ale kieruje się również w stronę Sirolo, czyli tam, gdzie chcieliśmy podjechać. Zostawiają nas w centrum miasteczka, stąd na plażę mamy niecały kilometr. Po drodze wstępujemy do XVIII-wiecznego kościoła św. Mikołaja (Chiesa di San Nicolò di Bari). Nic specjalnego. Ale nie dało się tego stwierdzić przed zaglądnięciem do środka.

Podchodzimy na skraj klifu. Poniżej nas znajduje się piaszczysta plaża (Spiaggia Urbani), co wywołuje uśmiech radości u Renaty. Na lewo, w odległości dwu kilometrów do morza schodzi niemal pionowa wapienna skała. Klif na cyplu ma 300-400 metrów wysokości. Za nim, niewidoczne dla nas znajdują się skały zwane Dwiema Siostrami. Powyżej klifu ciągną się zalesione wzgórza. To Parco Regionale Naturale del Conero. Woda w zatoczkach ma zielono-niebieską barwę, która działa na nas jak magnes. Krętą dróżką zbiegamy na brzeg morza i w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do opalania się przechodzimy na pobliską plażę (Spiaggia di San Michele).

Podczas gdy Renata się wygrzewa w kwietniowym słońcu, ja penetruję różne zakamarki, chodząc wzdłuż klifu. Pod skałą wychodzącą w morze znajduję niezbyt głęboką jaskinie czy raczej grotę. Fale morskie raz po raz uderzają w brzeg i wdzierają się na moment do wnętrza. Lekcja erozji za darmo. Takich nadmorskich grot jest tu w okolicy wiele.

Powoli kończymy leniuchowanie. O 14:00 zbieramy się i wdrapujemy na górę. Stajemy na Piazza Franco Enriquez. Obok stoi skromny Teatro Comunale. Można uznać, że Sirolo mamy zwiedzone. Co dalej? W sąsiedniej miejscowości też są plaże.

– Nie chcesz się tam przejść? – pytam na wszelki wypadek.

– Możemy. Jest jeszcze wcześnie.

Spacer do Numeny to zaledwie kwadrans. Przystajemy na klifie i oglądamy widoki. Poniżej nas Spiaggia del Frate – Sottosanta – jeszcze jedna piaszczysta plaża.

– Schodzimy?

– Nie – Renata potrząsa głową. – Ale popatrzę chwilę. Pięknie tu.

Zgadza się. W Polsce tak ładnych klifów nie mamy.

– Mam dwie możliwości – zaczynam, gdy zatrzymujemy się w centrum Numany przy Palazzo Comunale. – Albo szukać autobusu do Ankony albo iść na okazję.

– I co proponujesz?

– Dobrze nam poszło ze stopem. Spróbujmy. Jak nie pójdzie, szukamy autobusu.

Wychodzimy na główną drogę wylotową i machamy na zmianę. Chwilę trwa zanim zatrzyma się samochód z młodym małżeństwem.

– Ancona? – pytam uprzejmie.

Kierowca potwierdza. Po drodze rozmawiamy sobie miło. Włosi tłumaczą, że muszą podjechać po drodze do Ikei, chcą zwrócić jakieś zakupy.

– No problem.

Potem wjeżdżamy na autostradę i już szybko dojeżdżamy do miasta.

Grazie mille – żegnamy się. – Arrivederci.

Wstępujemy jeszcze do większego marketu, kupujemy niezbędne rzeczy na jutro oraz butelkę czerwonego wina.

– Jak już jesteśmy we Włoszech to musimy wypić coś miejscowego! – tłumaczę.

O 17:00 jesteśmy na miejscu. Wino odkładamy na razie na bok, zresztą i tak nie mamy korkociągu, musimy poczekać na Dino.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej