Dzień: [1-2] [3]


Alicante – Kraków

piątek, 7 X 2016


Hiszpanie pozują, gimnastykują sie, spacerują... | Zaglądam do katedry.


Dziś wracamy do Krakowa. Samolot mamy o 16:20, jest więc sporo czasu na rekreację. Być może powinienem wyjechać gdzieś z miasta, ale nie mam pomysłu, dokąd. Poza tym... chyba nie mam nastroju. Poszwendam się po mieście.

Po śniadaniu tradycyjnie już odwiedzam deptak, później skręcam na plażę. Kilka osób się kąpie, starszy pan brodzi wzdłuż brzegu. Hiszpańska laska rozebrała się do bikini, rozłożyła na leżaku i robi sobie setne selfie. Będzie czym się pochwalić na fejsie… Grupa 60-latków stanęła w kółeczko i gimnastykuje się pod dyktando trenerki w zbliżonym wieku. Wszyscy pasują do siebie nie tylko wiekowo, ale i... wagowo. Czy ja też tak będę wyglądać? Właściwie rzadko spotyka się w Europie takie publiczne grupowe uprawianie gimnastyki. Przypominają mi się Chiny, gdzie na placach i ulicach spotykałem o różnych porach dnia grupy ćwiczące tai-chi. Tam również przeważały starsze osoby, chociaż zdarzały się i w średnim wieku.

Idę promenadą, zachwycam się pałacami i tropikalną roślinnością. Fotografuję budynki, pomniki i... ludzi. Lubię robić zdjęcia mieszkańcom! Nie są to absolutnie zdjęcia pozowane, lecz bardzo przypadkowe ujęcia ludzi siedzących na ławce, spacerujących lub jedzących posiłek w knajpce. Ktoś oglądając moje zdjęcia mógłby powiedzieć: o dziewczyny fotografujesz! Ale przecież tak nie jest. Robię zdjęcia dzieciom i staruszkom, kobietom i mężczyznom. Na ich twarzach gości uśmiech, czasem się śmieją, niekiedy są zamyśleni, skupieni na swoich sprawach. Później, już w domu, przypatruję się im dokładniej: jak wyglądają, jak się ubierają. Nie wiem, czy z tych zdjęć można dużo wyczytać o mieszkańcach danego regionu, ja po prostu dokumentuję zdjęciami to, co widzę, a oglądając je później przypominam sobie te widoki i klimat miejsc.

Zaglądam teraz na ulicę Grzybową (Calle de las Setas). Już poprzednim razem spodobały mi się ustawione na ulicy gigantyczne muchomory. Trudno powiedzieć, czy trzy lata temu mieszkańcy Alicante byli zadowoleni, gdy zobaczyli na części wyremontowanej ulicy San Francisco kilkanaście olbrzymich muchomorów. Nie wiem, czy dzieło artysty Sergio Martineza za 66 000 euro zostało uznane za niepotrzebne udziwnienie, czy też zyskało aprobatę. W każdym razie większości turystów to się podoba! Oddalam się teraz od zatłoczonych uliczek, odwiedzam katedrę pod wezwaniem św. Mikołaja z Bari (Concatedral de San Nicolàs de Bari). Kościół, że tak powiem z odzysku, w wiekach średnich zajęty był przez Maurów i przeznaczony na meczet. Niewiele zostało z pierwotnej budowli przebudowanej gruntownie w XVII wieku. Zresztą i tak z poziomu ciasno zabudowanych ulic nie można ogarnąć całej bryły świątyni z 45-metrową kopułą otoczoną balustradą. Wewnątrz pięknie rzeźbiony dwupoziomowy ołtarz w absydzie, w kaplicach przylegających do nawy znajdują się natomiast drewniane, malowane rzeźby przedstawiające biskupów i wysadzane szlachetnymi kamieniami monstrancje. Najbardziej jednak interesujące są suknie wyszywane złotem, ozdobione filigranowymi koronkami. Jest tu też trochę obrazów malowanych na kafelkach.

Jest już 11:00. Wolnym krokiem wracam do hotelu. Przed odjazdem na lotnisko zjadam jeszcze co nieco i pytam Ryszarda jak spędził przedpołudnie.

– Na plaży, ale się nie kąpałem.

Mówi o tym, nawiązując do poprzedniego wyjazdu: gdy byliśmy tu na początku lutego, zdecydował się na kąpiel w zimnej wodzie. Podziwiam!

Powrót do Polski odbywa się bez żadnych interesujących wydarzeń.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej