Bohater salwuje się ucieczką | Wieczorny spacer
Znów lecę do Alicante. I tak, jak poprzednio służbowo. Tym razem wyjazd będzie krótszy: wylatujemy w środę po południu, wracamy w piątek po południu. Samolot z Balic zabiera nas o 16:20 i o 17:35 na miejscu jesteśmy na miejscu. Jest już wieczór i właściwie jest tylko czas, by przejechać do hotelu. Następnego dnia jadę z Ryszardem autobusem do Eldy na spotkanie projektowe. Kilka najbliższych godzin spędzamy na przedstawieniu dotychczasowych wyników, omówieniu budżetu i ustaleniu zadań na przyszłość. Jest też okazja, by poznać dokonania hiszpańskiego partnera. Tym razem wyżerka jest bardzo skromna. O 14:00 jest już po spotkaniu, w końcu mogę pozbyć się krawata. Zaczyna się luźniejszy etap wyjazdu.
Wracamy autobusem do Alicante. Tak jak przy poprzednim wyjeździe przyglądam się bardzo charakterystycznej górze ze skalistymi pionowymi zboczami. To Sierra del Cid, masyw wznoszący się na wysokość 1100 m n.p.m., i zakończony na swoich krańcach dwoma szczytami: Cumbre del Sid (1104 m n.p.m.) oraz Silla del Sid (1147 m n.p.m.), który ma kształt siodła końskiego. Ponoć Rodrigo Diaz de Vivar, XI-wieczny rycerz, zobaczywszy szczycie pobliskiej góry Sierra del Cabalo muzułmanów szykujących się do ataku na niego, wskoczył na swego bojowego rumaka Babieca (po hiszp.: głupi), rozpędził się i skoczył ze szczytu, na którym stał. Skok był niesamowicie długi, jeździec wraz z swym "głupim" koniem lecieli długo, długo nad doliną. W końcu Babieca wyrżnął kopytami w skałę zostawiając ślad podków i w ten sposób rycerz się uratował.
Swoją drogą ten kastylijski hildago, który zyskał przydomek później przydomek Cyd (hiszp.: Sid, z arabskiego side – pan) i bohater dramatu Pierre’a Corneille’a jest zwykle przedstawiany jako bardzo waleczny i sprytny rycerz o wielkim talencie wojskowym, a tu masz! bohater serwuje się ucieczką. Ten na wpół legendarny hiszpański bohater narodowy, co prawda, wypędził Maurów z południa półwyspu, ale zdarzało mu się – jako najemnemu rycerzowi – walczyć po obu stronach. Notabene, walczył również po śmierci: podczas oblężenia Walencji, którą władał przez parę lat, stracił życie, ale jego żona, Jimmena, zwłoki męża w pełnej zbroi wsadziła na konia, by swą obecnością podtrzymywał morale obrońców…
Droga do Alicante mija szybko. W hotelu zrzucam marynarkę, przebieram się i idę do portu na spacer. Miasto znam z poprzednich do wyjazdu, dzisiejszy spacer będzie przypomnieniem. Chociaż… może trafię w nowe miejsce? Zaczynam od portu. Widok setek łodzi w marinie, piękne, luksusowe jachty, błękitne niebo i granatowa toń morza są zawsze wdzięcznym tematem fotograficznym. Spędzam tu więc trochę czasu, robiąc zdjęcia, spaceruję potem po esplanadzie de España – ulubionym przez wszystkich mieszkańców deptakiem z falującą mozaiką, zaglądam do jakiejś galerii sztuki. Wspinam się wąskimi uliczkami, schodkami coraz wyżej. Przyglądam się graffiti. Tu, w Alicante, sporo jest „prawdziwych” murali, zdecydowanie mniej niż w Polsce bohomazów i napisów na murach. Murale, o których mówię, zdobią ściany i fasady budynków w dzielnicy, powiedzmy sobie szczerze, mało turystycznej i może dlatego nikt nie zmusza właścicieli budynków do ich usuwania. Poza tym... ładne są, po prostu!
W pobliżu areny do korridy na Plaça d'Espanya znajduje się rzeźba przedstawiająca pięć potężnych byków i konnego poganiacza. Rzeźba ta, zwana przez miejscowych Encierro została wykonana przez Nacho Martíego w 2002 roku*/. Jak się wydaje, byki są zwierzętami najczęściej przedstawianymi w dziełach hiszpańskich rzeźbiarzy (prócz koni przy okazji pomników konnych). Tu tradycja jest długa, cztery megalityczne Byki z Guisando (Toros de Guisando) pochodzą z II wieku p.n.e. Znane są między innymi z zawarcia w 1468 roku Traktatu przy Bykach z Guisando (Tratado y la Jura de los Toros de Guisando) pomiędzy nieco wybrakowanym Henrykiem IV Bezsilnym (Enrique IV el Impotente) a jego przyrodnią siostrą Izabela I Kastylijska (lub Katolicką, jak kto woli), która później, po zakończeniu Rekonkwisty na Półwyspie Iberyjskim wyprawiła Kolumba za morze zaczynając okres krwawej Konkwisty w Nowym Świecie.
W oddali, od czasu do czasu, pojawia się i znika sylwetka fortu na wzgórzu. W Castillo de Santa Bárbara byłem już poprzednim razem i zastanawiam się, czy znów się tam nie udać. Jest jednak już wieczór, robię ostatnią panoramę z miejsca, w którym się znajduję i zawracam do centrum. Nocne Alicante tętni życiem. Sklepy są wciąż otwarte, po deptaku spacerują mieszkańcy, korzystając z chłodu wieczora, a kawiarniane ogródki pełne są klientów pijących wino lub jedzących spóźnioną kolację. Gdy przyglądam się tym ludziom siedzącym przy stolikach, po raz setny powraca mi do głowy pytanie, czy ja też chciałbym tak spędzać czas. Hiszpanie i turyści wyglądają na zadowolonych, zrelaksowanych. Śmieją się i rozmawiają. Czy chciałbym do nich dołączyć? Czy mi zazdroszczę? Po raz setny sobie odpowiadam: niekoniecznie. Zgadza się: fajnie jest tak spędzać czas, ale, przynajmniej na wyjeździe, nie jest to moja pierwsza potrzeba. Patrzę na tych ludzi jak na element krajobrazu tworzący klimat i scenerię.
_______________________________________
*/ Pędzenie byków na arenę ulicami miasta, zwane encierros ma ponoć 600-letnią tradycję. Najbardziej znane widowisko ma miejsce co roku w Pampelunie. W przeciwieństwie do corrida de toros, szanse człowieka i byka są tu wyrównane.