Nowy rozdział | Gdzie się opłaca pojechać? | Moja towarzyszka podróży | Nocleg nad jeziorem
Lecę dziś do Norwegii. Ot, weekendowy wypad. A jednak różni się on od poprzednich. Tydzień temu wszedłem bowiem w nową fazę, w nowy etap życia. Przeciwności losu zdarzają się i trzeba im stawiać czoła. Kolejny zakręt życiowy, prawdopodobnie odbije się na moich podróżach. Nie wiem jeszcze jak mocno i w którą stronę. Myślę, że zmieniona sytuacja życiowa spowolni moje podboje świata. Można filozoficznie zauważyć, że nieszczęścia chodzą parami: bo nie dość, że nastąpił kolejny etap w życiu zawodowym, to przecież cały czas jest w tle pandemia koronawirusa. Już tylko z nią było ciężko… Z drugiej strony nie tracę nadziei, że sytuacja globalna i osobista się wyklaruje, ustabilizuje i zwyczajnie znormalizuje. Wierzę, że jeszcze odbędę szereg wspaniałych podróży.
A zatem lecę na weekend do Norwegii. Przyzwyczaiłem się w ostatnich latach do takich wypadów. Tanie linie lotnicze i tanie sieci autobusowe zmieniły na dobre przyzwyczajenia i aktywności ludzi. Jasne, że niektórzy nadal będą preferować weekendy na działce lub wyjazdy do Zakopanego lub Sopotu. Ale dla tych, których “nosi" lub których "swędzi", możliwość łatwego dotarcia gdzieś na obrzeża Europy jest wybawieniem.
Lot jest do Oslo. A dokładniej do portu lotniczego Torp w pobliżu miasteczka Sandefjord. Wylatuję w piątek po pracy, wracam w niedzielę o północy. Przykład maksymalnego wykorzystania weekendu :). Parę dni temu rozmawiałem ze znajomą na czacie. Pracuje jako opiekunka gdzieś w Niemczech czy Holandii. Powiedziałem jej o wyjeździe.
– Zazdroszczę ci trochę tego Oslo – stwierdziła.
– Ale ja nie pojadę do samego Oslo, tam już byłem, zwiedziałem kiedyś...
– To po co lecisz!?
– Będę w okolicach Sandefjordu, pochodzą przez 2 dni po lasach. Biorę namiot.
– To w Polsce nie ma lasów?
– Są!
– To, dlaczego nie pojedziesz w Bieszczady?
– Wiesz, ile kosztuje bilet autobusowy do Wetliny?
– ??
– 45 złotych. A ile kosztuje bilet do Oslo? 18 złotych.
– Nie wiedziałam.
– Poza tym do Wetliny jedzie się pewno z 6 godzin, a do Norwegii leci dwie godziny... Nie mówiąc już o tym, że w Skandynawii mogą rozbić się na dziko, a w Polsce legalnie – nie.
Nie sądzę, abym znajomą przekonał do takich wypadów. Ale też, nie mam takiego zamiaru. Każdemu według potrzeb...
Nie lecę sam. Dość przypadkowo umówiłem się z koleżanką na wyjazd. Najpierw wspomniałem o zaplanowanej Sardynii.
– O! Sardynia to moje marzenia! – wykrzyknęła – Kiedy lecisz? Może polecę z tobą?
O północy bilety mieliśmy kupione.
Kilka dni później znów zadzwoniłem do niej.
– Lecę też do Oslo, ale tylko na weekend… – wspomniałem w rozmowie. – Lubię spontaniczne wyjazdy.
– Ale to wyjazd z namiotem i będzie zimno...
– Nie szkodzi, mam wszystko, co trzeba.
Faktycznie, Alicja jest z gatunku twardzieli. Przyzwyczaiła się do niewygód i trudnych warunków. Jest motocyklistką. – Jeżdżę z chłopakami – podkreślała – tam nikt się nie przejmuje, czy mam ciepłą wodę do mycia i czy w ogóle jest woda. A śpimy, gdzie popadnie, po krzakach.
Hm. Przyjąłem jej słowa za dobrą monetę. Zobaczymy, jak będzie. Faktem jest, że sporo podróżowała: "Krajów nie liczyłam, ale uwielbiam Kolumbię".
Jak zwykle przed wyjazdem mam stresy związane z pandemią. Czy, aby na pewno wystarczy certyfikat szczepienia? Nie trzeba się rejestrować? Na pewno nie trzeba testów? Nie trzeba. Wystarczy. Tak.
Spotykam się z Alicją na lotnisku. Oczywiście przyjechała na motorze. Ma plecak ciut większy od mojego (mamy tylko bagaż podręczny 40 × 25 × 20 cm) z tym że ja przecież targam ze sobą namiot! Mamy ciepłe śpiwory puchowe i kurtki puchowe (ja podpinkę z puchem dołączoną do nowej kurtki kupionej z okazji wyjazdu do tej deszczowej krainy). Z prognoz pogody jednak wynika, że nie będzie padać, ale noce i tak mają być zimne, +6 stopni.
Podchodzimy do lądowania. Norwegia! Tankujemy wodę ;-) i ruszamy w poszukiwaniu odpowiedniej miejscówki na nocleg. Decyzja zapadła, by dotrzeć do jeziora Goksjø oddalonego od lotniska o półtorej godziny. Zapewne w pobliżu miejsc nadających się na rozbicie namiotu jest więcej, jednak chcieliśmy spędzić noc nad jeziorem. Ot, takie marzonko. Problemem może być tylko dość późna pora. Dochodzi 20:00, gdy opuszczamy teren lotniska. Zmierzch zapada za chwilę i na miejsce dotrzemy prawdopodobnie w nocy. Maszerujemy początkowo drogami polnymi i leśnymi później, niestety, wchodzimy na asfalt. Niestety, gdyż, jak wkrótce się okaże, Alicja ma problem z mało wygodnymi butami. Pochopnie je wyprała i zaimpregnowała, co skutkowało nieprzewidzianym skurczem cholewek.
Przechodzimy przez serię trzech rond i to jest najmniej ciekawy odcinek trasy. Nad jeziorem wyszukujemy w panujących ciemnościach jakiegoś wygodnego zejścia nad brzeg. Ku naszemu rozczarowaniu wszędzie są chaszcze i zagajniki. W dodatku brzeg jeziora wygląda na zarośnięty trzciną. W odpowiednim jednak momencie trafiamy na plac z kamperem a za skromnym parkiem linowym widzimy dwójkę turystów rozbijających namiot.
– Hi! Is this a camp-site?
– Yes, but it is closed now for the winter – mówi chłopak.
– You can camp here – dodaje jego towarzyszka.
– For free? – dopytuję na wszelki wypadek.
– Yes!
Rozglądamy się uważnie po miejscu, na które trafiliśmy*/. Nieco bliżej przystani znajduje się niewielka łąka.
– Do you mind if we stay over there? – pokazuje ręką Alicja.
– Not at all!
Nie lubię rozbijać tego namiotu w nocy. Nie dość, że ma tropik, to jego dwa pałąki są ustawione równoległe do siebie, co utrudnia rozkładanie. Nic więc dziwnego, że po rozłożeniu nie jest on dobrze ponaciągany.
– Trudno, może nie będzie padać! – krytycznie patrzę na namiot.
Pompuję jeszcze moją nową wypasioną matę z Decathlonu. Alicja ma również matę, ale pełnowymiarową. Ledwo mieści się do namiotu (mata).
Zjadamy szybką kolację i wskakujemy do śpiworów.
________________________________________
*/ Miejsce to znane jest jako DNT Svinessaga Friluftssenter.