To był naprawdę świetny nocleg! | Zamiłowanie Norwegów do pomników |Droga na lotnisko i podsumowanie wypadu
To był naprawdę świetny nocleg! Niby tak blisko siedzib ludzkich, a jednak znaleźliśmy sobie zakątek całkiem na uboczu i w dodatku tak urokliwy.
Wyciągam z namiotu matę, po raz kolejny sprawdzam, czy aby nie pękła. Mam nadzieję, że będą ją jeszcze długo użytkować. Na razie oceniam, że był to bardzo dobry zakup. Waży tylko dwa razy więcej niż alumata za to komfort jest nieporównywalnie lepszy i zajmuje mniej miejsca.
– Jak myślisz, wystarczy drewna na zagotowanie wody? – pytam Alicję, układając gromadząc niespalone gałązki i przesuwając większe kłody ku środkowi ogniska.
– Przejdę się jeszcze, trochę dozbieram, A ty rozpalaj.
Drewno jest nieco wilgotne po nocy, ale po chwili ogień już wesoło płonie, a smużka dymu rozprasza się wśród konarów drzew. Niestety wczorajsze intensywne gotowanie spowodowało, że lut przy uchu mojego garnuszka wykonanego z wyjątkowo cienkiej blachy puścił i woda powolutku kapie skwiercząc na rozżarzonym żagwiach.
– Wrzątek gotowy, daj kubek, zaleje ci kawę.
Alicja już wróciła z naręczem patyków, dokładam do ogniska i gotuję wodę dla siebie.
– Mam konserwę na gorąco, może zjesz? – pyta mnie.
Prawdę powiedziawszy nie przepadam za tego rodzaju za takimi frykasami.
– Dziękuję, wolę swoje kabanosy. Ale ci podgrzeję – mówię i kładę tuszonkę na grillu.
Nigdzie się dziś nie spieszymy. Samolot mamy o 21:55, chcemy jeszcze zwiedzić miasteczko. Zjadamy śniadanie na zwalonym pniu, potem Alicja szoruje osmolone garnuszki, a ja porządkuję teren. O 9:00 namiot jest spakowany, a my gotowi do drogi. Do „cywilizacji” wracamy dla odmiany inną drogą kierując się na południowy cypel.
– O, tutaj też można było zrobić sobie piknik – mówi Alicja na widok łachy piachu pomiędzy wysokimi skałami.
– Tak, ale tamto miejsce było fajniejsze…
Teoretycznie moglibyśmy dotrzeć do Sandefjord oddalonego od nas o 11 kilometrów jakimś środkiem komunikacji podmiejskiej, ewentualnie autostopem. Ale na razie postanawiamy przejść się na piechotę. Mamy czas.
Droga, co prawda, jest asfaltowa, ale ruch na niej znikomy. Od czasu do czasu od niechcenia machniemy na jakiś samochód. Jest słoneczna pogoda i zupełnie dobrze się idzie.
O 12:00 jesteśmy w miasteczku. Nad brzegiem fiordu, przy przystaniach z motorówkami i łodziami, wybudowano apartamentowce, które dosłownie zwisają nad morzem.
– Dobrze pomyślane, można z balkonu od razu wskoczyć do wody – zauważam.
Mogłoby się wydawać, że to głupi pomysł, ale właśnie dostrzegam w wodzie kilku kąpiących się młodych mężczyzn.
– Nie jest wam zimno? – pyta Alicja.
– Nie! Ciepła woda! – mówią z uśmiechem, ale jakoś nie dowierzam.
Rozkładamy się w pobliżu na drewnianym molo. Z plecakami pod głową wystawiamy twarze do słońca. Tak spędzamy najbliższe dwie godziny. Po drugiej stronie zatoki widać szereg drewnianych domków z dwuspadowymi dachami ustawionymi bokiem do fiordu pełnego jachtów. Idziemy w stronę centrum, mijając pomnik grubej chłopki sprzedającej halibuty z wózka.
– Widzę, że mieszkańcy lubią pomniki – komentuję, widząc w zasięgu wzroku kolejną rzeźbę.
Ta jest bardziej interesująca i przedstawia łódź z kilkoma wioślarzami unoszącą się na fali. Artystyczna wizja została dopełniona przez otoczenie dzieła fontanną wyrzucającą wysoko wodę. Kolejny piknik robimy sobie w parku pełnym... no tak! oczywiście rzeźb. Tu z kolei moją uwagę zwraca pomnik półleżącej kobiety czekającej na przedstawionego w rozwianej szacie i dzierżącego trójząb w dłoni męża. Aby w jeszcze większym stopniu dać wyraz swoim potrzebom artystycznym Norwegowie wystawili w parku kolorowe krzesła i leżaki w pięciokrotnie przeskalowanym w stosunku do naturalnych rozmiarze.
Około 16:00 zbieramy się i idziemy w kierunku północnym. W parku kolejne pomniki – tym razem dzieci. Objawia się ta skandynawska naturalność: dzieci są nagie. Przypomina mi to rzeźby z parku w Uppsali w Szwecji. Nie sądzę, by takie współczesne rzeźby się w Polsce spodobały, zwłaszcza gdyby się znalazły w odległości mniejszej niż 50 kilometrów od kościoła.
Nie wspomniałem nic o architekturze miasteczka. Można, oczywiście, powiedzieć, że jest normalna, zwyczajna. Skandynawska. Wiele domów ma drewniane lub plastikowe panele na ścianach. Domy są często w kolorze białym z zieloną lub brązową futryną wokół okien ze szprosami. Dachy są z reguły wielospadowe, kryte są na ogół czarną dachówką. Odnoszą wrażenie, że w Szwecji rzadziej spotykałem białe domy, częściej w rudym kolorze. To, co najbardziej rzuca się w oczy, to schludny, zadbany wygląd i charakter domów i obejścia. W naturalny sposób pojawia się myśl o chęci zamieszkania tutaj.
Trasą, którą idziemy w kierunku lotniska, wybieram, opierając się na wskazanych na Maps.me atrakcjach turystycznych. W niewielkim stopniu wydłuża nam to spacer, a Alicja nie protestuje. W ten sposób dochodzimy do Sandar Kirke, białego kościoła z wysoką szpiczastą dzwonnicą. Znajduje się tu również typowy dla Skandynawii cmentarz. Tablice nagrobne i obeliski wyrastają wprost z równo przystrzyżonego trawnika.
Przechodzimy teraz obok kościoła parafialnego Sandefjord (Sandefjord Kirke) wybudowanego w 1903 roku dla miejscowych protestantów, którzy nie chcieli chodzić do przecież wcale nie tak odległego (300 m) kościoła Sandar. Była to wszak już inna parafia i musieli zajmować miejsca w ostatnich rzędach, LOL. Kościół jest neogotycki i wykonany z cegły, ale to, co mnie bardziej interesuje, to pomnik z 1920 roku przedstawiający mężczyznę w gumiakach i z zaciśniętymi pięściami. Zniszczone koło sterowe za nim oraz 4 miny okrętowe rozmieszczone wokół pomnika dopełniają całości. Tak uczczono pamięć norweskich marynarzy, którzy zginęli podczas I wojny światowej.
Pół godziny później już jesteśmy poza miastem. Idziemy wzdłuż lokalnej drogi prowadzącej na lotnisko w Torp. Na szczęście mieszkańcy, dbając o swoje bezpieczeństwo, zbudowali wygodny chodnik. Czas upływa na nam na opowiadaniu sobie różnych historii życiowych. Po paru kilometrach wchodzimy na obszar leśno-łąkowy. I gdy myślimy, że dojdziemy do lotniska, na skrzyżowaniu zatrzymuje się samochód.
– Podrzucę was – mówi sympatyczny młody Murzyn.
Na lotnisko zostało zaledwie półtora kilometra, korzystamy jednak z uprzejmości kierowcy, zwłaszcza że na tym odcinku pobocze jest wąskie, a ruch znaczny.
– Dzięki, to było bardzo uprzejme z twojej strony – żegnamy się przed halą przylotów.
Powrót do Krakowa odbywa się bez komplikacji.
Co mogę powiedzieć na zakończenie? Koszt weekendowego wyjazdu zamknął się w kwocie 36 zł, to jest w cenie biletu Ryanaira. Jedzenie wzięliśmy z Polski, nie korzystaliśmy z płatnych przejazdów ani noclegów. Odpoczęliśmy na łonie przyrody, spędzając miło czas. Mogę tylko wszystkich zachęcać do takich wypadów, które – choć niezbyt spektakularne – to zawsze przynoszą jakieś ciekawe doświadczenia i wspomnienia.