Dzień: [1] [2] [3]


Jez. Goksjø – Płw. Vesterøya

sobota, 4 IX 2021


Alicja gotuje wodę | Bliskie spotkania z przyrodą | Płonie ognisko w lesie


Poranek gdzieś w Norwegii. Brzmi to znacznie lepiej niż poranek w Krakowie. Jest godzina 7:00, nikt tam nie każe wstawać, ale chcę rozprostować kości po niezbyt wygodnym noclegu. Dopiero teraz mogę przyjrzeć się okolicy: przed nami sporej wielkości jezioro otoczone szuwarami i lasami. Cisza i spokój. Jedynie po drugiej stronie jeziora powoli przemieszcza się canoe z dwójką wioślarzy. Widząc mnie, machają do mnie przyjaźnie. Przy polu namiotowym znajduje się kilka domków z garażami czy raczej hangarami na łódki oraz toalety. Jest też niewielkie drewniane molo, przy którym zacumowanych jest kilka aluminiowych łódek. Brzeg jeziora zarośnięty jest trzciną pospolitą, a gdzieniegdzie widać przekwitnięte pałki wąskolistne. Woda przy brzegu pokryta jest liśćmi grążela żółtego, na powierzchni unosi się również żabiściek pływający. Woda wygląda na czystą (dlaczego miałoby być inaczej?), dostrzegam nawet kilka 10-centymetrowych czarnych rybek uwijających się wokół rdestnicy.

Alicja wyczołguje się z namiotu i przeciąga.

– Jak się spało? – pytam.

– Bardzo dobrze!

– To co, zaczynamy od kawy?

Alicja ma ze sobą miniaturowy palnik i parę kostek stałego paliwa.

– Spokojnie, to wystarczy na zagotowanie wody – stwierdza Alicja widząc moją powątpiewającą minę.

Dzień jest wietrzny, więc palnik umieszczamy w osłoniętym miejscu między skałami.

– Pójdę jednak po drewno – mówię widząc, że kostka się kończy, a woda w półlitrowym garnuszku jest tylko letnia.

Pół godziny później znad kubków unosi się zapach kawy.

– No, tego mi trzeba było – Alicja upija łyk, parząc sobie usta gorącym napojem.

Zjadamy śniadanie, zwijamy obozowisko, zabieramy jeszcze zapas wody i stajemy przy drodze.

Nie mamy dokładnego planu na dziś. Alicja zaproponowała obejść jezioro, ruszamy więc. Droga niestety nie prowadzi przy samym jeziorze, lecz w pewnej odległości, A dodatkowo las zasłania widok. Po dwóch czy trzech kilometrach skręcamy w boczną drogę nad jezioro i chociaż teren wygląda na prywatny, to podchodzimy do brzegu. No cóż, z tej strony jezioro wygląda podobnie. Nadbrzeżną ścieżką ruszamy dalej przez łąkę. Dochodzimy do lasu i wybieramy jedną ze słabo widocznych ścieżek. Las jest mieszany, a opadłe liście i igliwie powodują, że ścieżka niknie. Kierujemy się w stronę skał tworzących długą gładką ścianę. Mogłoby się nawet wydawać, że ten skalny mur to dzieło rąk ludzkich. Brązowy zlepieniec pokryty jest szarozielonym porostem tworzącym abstrakcyjne obrazy. Podoba mi się tu! W ogóle ta część lasu ma charakter puszczański, dziewiczy. Tu i ówdzie leżą zwalone pnie drzew pokryte jasnozielonym mchem, a kolorytu tej scenerii dodają dojrzałe, czerwone owoce kaliny. Jest też srebrny chrobotek, a na bardziej odsłoniętych miejscach kwitną na różowo jesienne wrzosy. Siadamy na skale na zielonym miękkim dywanie. Widzę, że Alicji potrzebny jest ten kontakt z przyrodą, że dobrze się tu czuje.

Po godzinie relaksu kierujemy się na główną drogę.

– Trzeba pomyśleć, co robimy dalej i gdzie rozłożymy się na nocleg – zaczynam.

– Może gdzieś bliżej morza?

– Jestem za.

Zaczynamy łapać stopa, by dojechać do Sandefjord. Ruch jest niewielki, ale piąty czy szósty samochód zatrzymuje się.

– Dokąd jedziecie? – pyta kierowca ze wschodnim akcentem.

– Do przodu, gdziekolwiek w tamtą stronę.

– Ja jadę na Ekeroa, tam moi przyjaciele mają dom.

Wsiadamy. Kierowca okazuje się Rosjaninem mieszkającym i pracującym tu od lat. Jest bardzo sympatyczny, opowiada, jak tu mu się żyje, o rodzinie. Widać, że chce się wygadać. Ja tymczasem sprawdzam na mapie, dokąd jedziemy. Osada Ekeroa położona jest po drugiej stronie miasta na długim i wąskim półwyspie Vesterøya wrzynającym się w cieśninę Skagerak. To nam jak najbardziej pasuje. Przejeżdżamy przez Sandefjord i nadbrzeżną drogą podążamy w głąb 10-kilometrowego półwyspu.

– Podrzucę was na kemping Langeby, tam w sobie możecie rozbić namiot.

Kilka minut później jesteśmy na miejscu. Żegnamy się z miłym kierowcą i idziemy na brzeg morza.

– Dobrze, że trafiła się ta okazja. Teraz możemy pójść dalej w kierunku południowym i tam znajdziemy sobie miejscówkę na nocleg – stwierdzamy.

Na kempingu stoi kilkadziesiąt przyczep kempingowych i kamperów. Samochodów jest znacznie mniej, być może te kampery są tu tylko przechowywane. Nie dostrzegam namiotów. Są natomiast wcale liczne łódki zacumowane przy brzegu. A brzeg też jest interesujący sam w sobie, bo utworzony z płaskich lub obłych w kształcie skał, pomiędzy którymi z trudem zakorzeniają się roślinki. Na terenie kempingu są ławeczki, grill i toalety, z których zamierzamy skorzystać.

Alicja ściąga buty i zaczyna boso spacerować po trawie.

– Chcę poczuć kontakt z przyrodą!

Ja tymczasem fotografuję drobne kwiatuszki i drzewa w jesiennej w szacie. Zaopatrujemy się w wodę i ruszamy w kierunku południowym.

Półwysep pokryty jest siecią dróg asfaltowych i nieutwardzonych oraz ścieżek, którymi można dostać się do domów wakacyjnych i małych lub większych daczy skrytych w lesie lub wybudowanych tuż nad brzegiem morza. Od czasu do czasu napotykamy tabliczkę „Privat”. Wszędzie czuć jesień: żółte liście pojawiły się na drzewach, dojrzewa czerwony głóg, kwitną wrzosy.

Do jednego z reprezentacyjnych domów, obok którego przechodzimy, prowadzi przepiękna topolowa aleja. Z przyjemnością ją fotografuję.

Wychodzimy na wschodni brzeg półwyspu w okolicach kamienistej plaży Grubesand. Ta część półwyspu jest bardzo lesista i nie ma tu zbyt wielu domów.

– Myślę, że tu gdzieś znajdziemy miejsce na nocleg – mówię.

– O, na pewno! Podoba mi się tutaj.

Skały przy brzegu mają gładką powierzchnię, są obłe w kształcie, wyszlifowane przez lądolód spływający kiedyś do Bałtyckiego Jeziora Lodowego a potem Morza Yoldiowego. lądolód. Z zatoki wystaje również kilka mini wysepek a skały tworzące jedną z nich przypominają żółwia. Po drugiej stronie wąskiej zatoki (Mefjorden) ciągnie się podobny wąski półwysep, a całość tworzy podwójny pazur wbijający się w morze.

Jest godzina 15:00, do wieczora jeszcze daleko.

– Zostańmy tu na chwilę – proponuje Alicja i rozkłada się cieplej skale.

Gdybym był Skandynawem, być może uznałbym, że to odpowiednia chwila na kąpiel w morzu. Ale nawet nie sprawdzam temperatury wody. Alicja znów ma ochotę na kawę – w tym zakresie jesteśmy podobni. Zapala swą kapryśną kuchenkę, zagotowujemy wodę i wypijemy po pół kubka kawy.

W poszukiwaniu lepszego miejsca na nocleg ruszam w kierunku południowym, obiecując dziewczynie, że wrócą za pół godziny. Ścieżka, którą idę ma liczne odgałęzienia w kierunku zatoki, a jedno z nich wzbudza moje zainteresowanie. Trafiam bowiem na kilkunastometrowej długości szczelinę skalną o ścianach gładkich, rozciętych jak nożem. Przeciskam się więc przez to wąskie, metrowej szerokości przejście między porośniętymi mchem skałami i wychodzę na brzeg. Niestety wszędzie skaliste podłoże. A ja przecież szukam kawałka trawy. Nieco dalej trafiłem w lesie na urokliwe miejsce. Przestrzeń między młodymi jodełkami pokryta jest seledynowym kożuchem mchów, z którego w paru miejscach wyrastają czerwone kapelusze muchomorów. Odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu znajduję kilkaset metrów dalej. Jest tu wygodne, nieckowate zejście do morza, a miękka ziemia pozwala na wbicie szpilek. Szybkim krokiem wracam do Alicji i zdaję relację ze spaceru. Przenosimy się.

– Super miejsce znalazłeś, dzięki Piotr – Alicja zrzuca plecak, gdy już jesteśmy na miejscu i biegnie na brzeg morza.

Tym razem mamy więcej czasu na urządzenie się. Rozbijam namiot, a Alicja zbiera drewno na ognisko.

– Mam nadzieję, że nikt tu już dziś nie przyjdzie – mówię, bo widzę liczne ślady obecności: zgaszone ognisko, prymitywne ławeczki z konarów opartych na głazach.

Wieczorem rozpalamy ogień i długo siedzimy przy ognisku.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej