Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]
Szybkie śniadanie i w drogę! | Bułka z masłem... | Powrót do Jeju | Uwielbiam wulkany | Rondel nad morzem | Jeju nocą
Dziś priorytetem jest dla mnie zdobycie najwyższego szczytu Korei Południowej. Jeśli zdążę, to chciałbym zobaczyć tunele utworzone przez lawę w Manjanggul. Chciałbym również dotrzeć na wschodni koniuszek wyspy do Seong-san. Hotelarz wczoraj mówił, że to niemożliwe, zobaczymy. Wstaję przed szóstą i po cichu wychodzę z pokoju na śniadanie. Wcinam parę kromek z serem. Są tu również przygotowane jajka, ale raczej nie zdążę zrobić sobie jajecznicy. Dopijam kawę i soczek i ruszam. Właściwie powinienem podjechać na dworzec jakimś autobusem; to ze 2,5 kilometra, ale po pierwsze: nie wiem, którym, po drugie: nie wiadomo, jak często jeździ, po trzecie tnę koszty.
O 7:00 jestem na dworcu, właśnie odjechał autobus 781, którym jeździ do Seogwipo, miasta na południu wyspy. To właśnie nim chciałem dojechać na przełęcz Seongpanak pod Halla-Sanem. Trudno, za chwilę będzie następny. Bilety są po 2700 KRW, oddaje się je bez skasowania kierowcy. Wkrótce opuszczamy miasto, autobus szybko wspina się na wschodnie zbocza masywu Halla. W autobusie widzę parę osób z kijkami trekkingowymi, ale wysiadają wcześniej. Trochę mnie to martwi, bo liczyłem, że będę miał towarzystwa na szlaku. Piętnaście minut później jestem na miejscu (Seongpanak Rest Area, 성판악휴게소). O, jakże naiwny byłem, sądząc, że jest już po sezonie! Przy wejściu do parku narodowego kłębi się kolorowy tłum. Jest ósma, trochę późno. Zaczynam drogę.
Dróg na koniuszek wyspy jest kilka. Zastanawiam się, którą pojedziemy. Ta prowadząca nieco w głąb lądu wydaje się najkrótsza, ku mojej radości zaraz za Jeju City skręcamy w prawo jadąc wśród pól i lasów wygodną asfaltową szosą. Uśmiecham się. Na Jeju jest wszystko: lasy i jeziora, miasta i wioski, plaże i wulkany. I cieplejszy klimat niż na stałym lądzie. Mieli więc rację mieszkańcy nazywając ją wyspą stworzoną przez Boga.
Od czasu do czasu w zasięgu wzroku pojawia się mały stożek wulkaniczny. Jest ich tu na wyspie może kilkadziesiąt. Niezłe fajerwerki musiały tu być w okresie aktywności Hala-san!
Swoją drogą, to ciekawe jak bardzo nas ciągnie do wulkanów, do zaglądania w głąb. Świadomość, że wchodzi się nie na zwykłą górę, lecz na stożek, który kiedyś pluł lawą i zionął ogniem, jest tak ekscytujący. Nic więc dziwnego, że wykorzystuję różne okazje, aby zdobyć mniejszy lub większy wulkan! Pierwszy, jak pamiętam, był Wezuwiusz, potem Etna i mały wulkan Khorgo w Mongolii. A ostatnio stygnący po niedawnej erupcji wulkan Pocaya w Gwatemali i zasnuty dymem wulkan Masaya w Nikaragui. Myślę, że jednak najlepsze jest jeszcze przede mną. Chciałbym ujrzeć z bliska płynącą lawę, kłęby pyłu wznoszącego się nad wulkanem na kształt grzyba. Może w Indonezji? Ech! Po godzinie jazdy zbliżamy się do celu. Kontroluję położenie na GPS, chcę wysiąść na właściwym przystanku. Zdaje się autobusy jednej z linii zatrzymują się dwa lub trzy kilometry od celu, a ja chcę zdążyć na zachód słońca! Już z nadbrzeżnej drogi dostrzegam pionowe zbocza Seongsan. Skalny cypel wżyna się w morze, traf chciał, by akurat w tym miejscu magma znalazła sobie ujście. Zresztą, może wtedy morza tu nie było?
Przystanek. Przeciskając się wąskimi uliczkami dochodzę do parkingu i kasy. 2000 wonów jest akceptowalną kwotą za wstęp. Fotografuję się jeszcze przy kamiennych rzeźbach przedstawiających coś tam To oczywiście repliki, nie szkodzi. Stwory są sympatyczne. Wygodna droga z gęsto ustawionymi tabliczkami pokazującymi, ile jeszcze metrów do góry trzeba się wspiąć, prowadzi pomiędzy fantazyjnymi w kształcie skałami. Lawa zastygła tworząc słupy, pieczary, wielometrowe zadziory. Staję na krawędzi krateru pełen nadziei na spektakularny widok i… Hm. Owszem, przede mną znajduje się niecka pokryta trawą, w pewnym oddaleniu wyrósł w kraterze lasek, ale jakieś to wszystko płaskie, małe, zwyczajne… Jestem cokolwiek rozczarowany. Łukasz, chłopak z hostelu, ostrzegał mnie wcześniej, że miejsce nie robi takiego wrażenia jak na zdjęciach. No, nic, przynajmniej panorama stąd rozciąga się hen, po szczyt Hala-san. W zasięgu wzroku mam liczne stożki wulkaniczne i wysepkę Udo-myeon, która jest miejscową atrakcją. Pomarańczowy krąg słońca chowa się między odległymi chmurami. Czas schodzić. Zaglądam jeszcze na wschodni cypelek, stąd lepiej widoczna jest Góra Wschodzącego Słońca. Wkrótce zapalają się lampy przy dróżce prowadzącej na krater i przypomina mi się wieczorny widok góry Adamsa na Cejlonie. Czuję niedosyt po dzisiejszym dniu. Zaliczyłem, co prawda, Haka-san, ale nie widziałem Lava Tubes, na które zacząłem sobie ostrzyć zęby ostrzyć. Może w zamian kupię sobie chociaż figurkę z lawy. Sklepiki z pamiątkami są właśnie zamykane. Proponuję sprzedawczyni 20-procentowy discount, ta macha ręką i akceptuje. W zapadających ciemnościach robię sobie jeszcze sesję zdjęciową przy świątyni …. i odszukuję przystanek autobusowy. Tym razem jadę wzdłuż wybrzeża, co jest bez znaczenia, bo i tak nic nie widać. Wieczorny spacer w centrum Jeju City do hostelu urozmaicam sobie krótkim przystankiem na placu, gdzie na estradzie występuje lokalna gwiazda muzyki pop. Mniejszego kalibru, co widać po ilości zgromadzonej publiczności. W sumie, chociaż nie jestem fanem południowokoreańskiej muzyki, miło mi się tego słucha. Kolacja, mycie i do spania. To był długi dzień.