Dzień: [1] [2] [3]


Skavsta – Kraków

niedziela, 18 IX 2016


Szwedzi jadą na wieś | Trochę mi smutno | Co robić z grzybami? | Imigranci i Szwedzi | Wracam do domu


Przeżyłem noc. Najwyraźniej Szwedzi zjedli wszystkie niedźwiedzie w okolicy. O 6:00 rano niebo zaróżowiło się i zżółkło. Składam namiot i zjadam parę kanapek. Czas w drogę! Dziś chciałbym przejść z 20-30 kilometrów, idąc jeszcze bardziej na północ. Samolot mam późno wieczorem. Ruszam drogą w kierunku Svärdsklova.

Dochodzę do wioski, tu znów sporo czerwono-brązowych budynków. Nie tylko domy i stodoły pomalowane są tą farbą Falu, także garaże i płoty. Jedynie framugi drzwi i futryny okien mają białą barwę. Sprawia to wrażenie jakby czerwony kolor był tu obowiązkowy. Poniekąd tak jest: na początku XX wieku czerwoną farbę uznano za archetyp szwedzkiego życia na wsi. Wówczas z powodu recesji i wysokich czynszów Szwedzi masowo zaczęli się przesiedlać z miast na wieś zachęcani ustawą z 1904 roku ułatwiającą zaciąganie korzystnych pożyczek na budowę własnych domów na wsi. W którymś momencie tego procesu zaczęto mówić o czerwonej farbie jako szwedzkim kolorze i zaczęto łączyć ją ze szwedzkością. Jeśli więc miałeś dom i nie wiedziałeś, na jaki kolor go pomalować, zalecanym odcieniem był czerwony. I tak zostało do dziś. Dziecko, jeśli rysuje dom – prawie na pewno użyje czerwonej kredki!

Idę polną drogą oddalającą się od brzegu Bałtyku. Widząc szare wody jeziora prześwitujące między drzewami, skręcam i wychodzę na brzeg. Cicho tu i spokojnie, zero ludzi. Ani jednej łódki na wodzie, ani jednej chaty na brzegu. Być może nie ma tu dobrej drogi dojazdowej. Słyszę miarowe stukanie dzięcioła. Trudno mi go wypatrzeć. W końcu dostrzegam go na częściowo pozbawionym kory drzewie. Gdy zbliżam się, by go sfotografować ptak cofa się na pniu i wciąż widzę tylko jego głowę. Okrążam drzewo, lecz dzięcioł się cofa. Przypomina mi się anegdota z "Matematyki na wesoło", gdy opowiadający historyjkę trzykrotnie okrążył drzewo z siedzącą na pniu wiewiórką. Ponieważ zwierzę cały czas się cofało, powstał problem do rozwiązania, czy okrążył wiewiórkę czy nie? Po chwili poddaję się z podglądaniem dzięcioła i ruszam dalej.

Podczas dalszej wędrówki poruszam się trochę po ścieżkach a trochę bez ścieżek. Las miejscami jest widny, bez podszytu, czasem gęsty, a czasem muszę ominąć gęsty młodnik. Co parę chwil przystaję i robię zdjęcia roślinkom, kwiatom i grzybom, kamieniom i porostom. Kolejne jezioro, Angen. Staję na wygładzonej przez lodowiec płaskiej skale. To jezioro jest znacznie większe, zarośnięte przy brzegach trzciną. Jest wyjątkowo cicho. Odczuwam jakiś smutek związany z oddaleniem od ludzi. Stoję tak przez kilka chwil, kontemplując ten widok i atmosferę. Jest mi właściwie smutno, że jestem tu sam.

– Tu l’as voulu, George Dandin, tu l’as voulu – mówię do siebie.

Cóż, przyzwyczaiłem się od dzieciństwa, że wiele moich wyjazdów i wycieczek odbywam samojeden. A może to tylko nastrój kończącego się lata?

Ruszam w dalszą drogę. W pewnym momencie dostrzegam zawieszoną na drzewie sporych rozmiarów niebieską beczką z zielonym pudełkiem poniżej. Zaciekawiony podchodzę. Pudełko przymocowane pod beczką ma logo z jeleniem i orłem. Być może to jakieś urządzenie do karmienia leśnych zwierząt. Wychodzę na szosę, a tu kolejna techniczna ciekawostka: na przystanku słup z urządzeniem telekomunikacyjnym oraz przyciskiem do informowania nadjeżdżającego autobusu o obecności czekającego pasażera. Fajne rozwiązanie, podoba mi się. Znów zagłębiam się w las. Grzybów i czerwonych borówek jest w bród, tym razem nie odpuszczam, zrzucam plecak i spędzam pół godziny na objadaniu się. Żałuję, że nie znam się na grzybach. A raczej nigdy nie miałem frajdy z grzybobrania. I chociaż spotykam tu na każdym kroku olbrzymie kanie, podgrzybki i borowiki, to przecież nie będę ich zabierać w plecaku do Polski. Tak na marginesie do wieków średnich w Szwecji grzyby nie wzbudzały zainteresowania w kuchni. Jeśli ich używano, to raczej jako podpałki do rozniecania ogniska. Dopiero król Karol XIV Johan przywiózł tu swoje francuskie zwyczaje i wprowadził na salony borowika szlachetnego – najszlachetniejszego grzyba jadalnego w Europie. Obecnie ten jeden z najbardziej ulubionych grzybów jadalnych w Szwecji zwany jest karl johan.

W pobliżu znajduję resztki szkieletu jelenia. Niewielką kosteczkę biorę na pamiątkę. Robię sobie również sesję fotograficzną z pająkiem krzyżakiem (Araneus diadematus). To samiczka sądząc po kształcie. Niewiele jej życia zostało, wkrótce nadejdzie zima. Miejmy nadzieję, że zdążyła złożyć jajeczka, które w większości przetrwają do wiosny.

Zrobiła się 14:00, czas wracać w kierunku lotniska. Po trzech godzinach spaceru polnymi drogami dochodzę do wioski. Przyglądam się zabudowie. Domy tu z drewnianym sidingiem, ich dwuspadowe dachy kryte są drewnopodobnym gontem. Przed wieloma z nich stoją po dwa samochody, a przecież to jeszcze godziny pracy. Ta część mojej trasy jest mniej ciekawa. Wkrótce dojdę do obrzeża Nyköping, tu trafiam na osiedle bloków. Osiedle z lat 80. sądząc po stanie kilkupiętrowych bloków układających się w półkola. Pomiędzy nimi parę huśtawek i opuszczone boisko do piłki nożnej. Klimatem to miejsce przypomina mi PRL. Większość spotkanych mieszkańców to imigranci; widzę małe dziewczynki w hidżabach w towarzystwie swych śniadych kolegów. Rodzice zapewne zapychają w pracy. Jakże czasy się zmieniają! Gdy przeglądam swoje zdjęcia z mojego pierwszego wyjazdu do Skandynawii w 1993 roku, na żadnym z nich nie widzę Hindusów, Arabów czy Murzynów. Imigranci z południowych regionów świata byli i wówczas obecni w Szwecji, lecz z pewnością nie tak widoczni na ulicach. Dziś Szwecję zamieszkują ponad dwa miliony osób, które tu przyjechały szukać swego szczęścia. To ponad 20 procent populacji! Owszem, spora część imigrantów pochodzi z krajów zbliżonych kulturowo, przede wszystkim z Polski i innych państw Europy Środkowej i Wschodniej. Zwabieni wysokimi zarobkami, a przede wszystkim rozwiniętym systemem opieki społecznej przez lata przybywali tu do pracy sezonowej lub z myślą, że znajdą tutaj swe miejsce na ziemi. Te wyjazdy i samo zjawisko uchodźctwa politycznego lub emigracji zarobkowej były mi zawsze obce. Zawsze uważałem, że w Polsce jest moje miejsce. Ale rozumiem tych, którzy wybrali inny świat i rozumiem też opór mieszkańców przed przybyszami. Obecność obcych grup etnicznych czy kulturowych, które nie ulegają asymilacji zawsze jest problemem społecznym, a często i zagrożeniem dla porządku prawnego. Tu, w Szwecji, problem przestępczości wśród imigrantów będzie narastać w najbliższym czasie.

Opuszczam Nyköping i zmierzam w kierunku znajomego cmentarza. Pogoda się utrzymuje, a popołudniowe słońce wydobywa jesienne kolory z krajobrazu. Około 19:00 jestem na lotnisku. O 22:00 wsiadam do samolotu i odlatuję do Krakowa, jutro do pracy.

To był fajny weekend, spędziłem go, co prawda, sam, ale miałem okazję poobcować ze skandynawską przyrodą. Na miejscu nie wydałem ani grosza, przeszedłem około 40 kilometrów i wróciłem, jak zawsze, zadowolony.


Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej