Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25]
W poszukiwaniu otwartego sklepu | Pędzimy nas lotnisko | Może tu jeszcze wrócimy...
Wczorajsza scysja z "nielegalnym" praniem sprawiła, że nie mamy śmiałości pytać o śniadanie. Wkrótce się wyjaśnia: śniadanie jest w cenie. Niepotrzebnie więc męczyłem się rano ze zdychającą grzałką. Spakowani, siadamy do olbrzymiego stołu w jadalni, nakrytym tylko dla nas. Bułeczki, dżemik, masełko i serek.
– Sok ze świeżych owoców! Mmm, tego mi trzeba było – cieszy się Kamila.
Gospodarze zjedli wcześniej lub zjedzą później. Pani rozłożyła się na sofie i czyta, pan siedzi na fotelu z laptopem, nie zwracają na nas uwagi. Przed wyjściem na przedwyjazdowy spacer pytamy o autobusy na dworzec i taksówki. Ponoć 20 soli to maksymalna cena. Na razie szybkim krokiem idziemy koło sklepu z pamiątkami, które widzieliśmy wczoraj. W kantorze na placu... Kamila wymienia 40 dolarów.
– Nie wiem, czy to nie za dużo, mamy jeszcze trochę soli – zauważam.
– Co się przejmujesz, ja mam dużo osób do obdarowania, wszystko wydam!
Los płata nam jednak figla, bo oto na ulicach pustki. Zbliża się 9:00, a sklepy są pozamykane. Pełni najgorszych przeczuć skręcamy w ulicę z drukarniami i pamiątkami. Żywego ducha. W sklepach żaluzje spuszczone, drzwi okratowane. Jeden ze sklepów w bramie ma być niby otwarty o 9:30.
– A niech to! – wściekam się – trzeba było kupować wcześniej!
– Może jeszcze gdzieś znajdziemy!
Za chwilę zaczyna się polowanie na otwarty sklep. Jakikolwiek. Nawet spożywczy! Bo chcemy kupić pisco. Na ruchliwej Av. José Pardo jest otwarty sklep. Ale z dewocjonaliami. No gracias! Kolejna ulica – tylko kserokopiarki. Co za specjalizacja! Gdy wchodzimy do bardziej ożywionej dzielnicy, nadzieje na normalny sklep wzrastają. Heh, tu sprzęt medyczny i rehabilitacyjny.
– Gdybym wcześniej wiedziała, to bym tu przyszła na zakupy – stwierdza Kama.
A ja w duszy jęczę, że trzeba było wcześniej kupować pamiątki. Godzina biegania zostaje uwieńczona połowicznym sukcesem. Mamy dużą butelkę pisco, w sklepie z pamiątkami kupujemy "nielegalnie" kilka rzeczy. Dodaję cudzysłów, bo zakup ten odbywa się pod nieobecność właściciela. Wyciągamy kilka pamiątek, odchylając płachtą przykrywają stół, a uprzejmy właściciel ksero – sąsiad sprzedawczyni – przyjmuje od nas pieniądze. Pędzimy do naszego home-stay, zbliża się 10:00 a na lotnisku powinniśmy być o 12:00. Żegnamy się z właścicielami. Idziemy według wskazówek na przystanek autobusowy, ale wstępujemy po ostatnie pamiątki, przepłacając w "lepszym" sklepie za pantofle ze skóry i portmonetkę.
– Dobrze, że wczoraj kupiłem opaskę na rękę, mam jakiś drobiazg…
– A ja nie mogę odżałować małych buteleczek pisco w skórzanym etui – wzdycha Kamila – w sam raz byłyby na prezenty.
Przestajemy przy straganie i kupujemy łakocie na drogę.
– Zjesz to wszystko!? – nie mogę się nadziwić.
Kamila zatrzymuje taksówkę i zamiast negocjować cenę, rzuca "20 soli?". Kierowca bez wahania zgadza się. Jedziemy na lotnisko nieco inną trasą niż w tamtą stronę. Mijamy place-ronda zabudowane budynkiem o podobnej kolorystyce. To naprawdę może się podobać.
– No, spoko zdążymy – uśmiecham się do Kamili.
– Muszę jeszcze wstąpić do apteki.
Kierowca kręci głową.
– Na lotnisku dużo sklepów, tam wszystko znajdziesz.
Kierowca skręca na wschód i zaczynam się martwić, czy aby nie zabłądził. Ale nie! Wybiera równoległą do głównej, ale mniej zakorkowana trasę. W Celeo dostrzegam otwartą aptekę.
– Zatrzymaj się na chwilę – mówię do Peruwiańczyka.
– To niebezpieczne dzielnica! – ostrzega kierowca, zatrzymując się.
– Zaraz wracam! – mówię i pędzę do apteki.
Dobrze, że wziąłem od Kamili ostatni tampon na wzór, bo w aptece nie kumają, czego od nich chcę. Po chwili wracam dumny z zakupu!
Kwadrans później jesteśmy na lotnisku. Rozliczam się z kierowcą.
Na lotnisku tradycyjnie foliuję plecaki, wpychając w ostatnim momencie zapomnianą kokę do plecaka Kamili.
– Będę ci przesyłał paczki z Polski.
– Jasne – Kamila wysyła mi jeden ze swoich pięknych uśmiechów.
Odszukujemy nasze stanowisko, odbieramy bilety. Lot mamy o 13:10.
– Nie żal ci wyjeżdżać stąd? – pytam.
– Zostałabym dłużej.
– Ja też. Może jeszcze kiedyś tu wrócimy…
– Może…
Czeka nas długi powrót do domu. Najpierw 3,5 tysiąca kilometrów lotu do Sao Paulo. Tam mamy cztery godziny na przesiadkę do Londynu. Odlatujemy tuż przed północą. Tym razem spędzimy w powietrzu ponad 11 godzin.