Polubiłem te krótkie wyjazdy... | Wyjątkowo zimna noc
Kolejny weekendowy wyjazd. Tym razem na czarnomorskie wybrzeże Bułgarii. Złote Piaski, Warna, Sozopol czy Nesebyr to miejsca znane Polakom od lat. Tam w latach 60. i 70. spędzało się "egzotyczne" wakacje. Jakoś mnie to ominęło. Byłem, co prawda, w Bułgarii z Sergiuszem, ale w zachodniej części: w Sofii i w górach Riła. Znam więc Bułgarię bardziej w wersji “studenckiej” niż "rodzinno-wczasowej".
Bezpośrednim impulsem do kupienia biletów była ich dobra cena 40 zł, zaś okolicznością utrudniającą wyjazd było to, że aby nie brać urlopu musiałem wylecieć w piątek po południu, a wracać w niedzielę wieczorem. Nakombinowałem się jak koń pod górę, ale ostatecznie znalazłem coś, co mi przypasowało. Lot z Modlina do Memmingen w piątek; w sobotę dalszy lot do Burgas i w niedzielę lot powrotny do Krakowa. Podniosło koszt wyjazdu o cenę dodatkowego biletu (40 zł) i koszt dojazdu do Modlina (12 + 19 zł). Zyskiem natomiast jest możliwość zobaczenia pięknego bawarskiego miasta. Dojazd do Modlina mam opanowany, ale by być w Warszawie o 18:00 trzeba urwać się z pracy ze trzy godziny.
Osobną kwestią były noclegi – w Nesebyrze tanie (dwójka za 60 zł), natomiast w Memmingen horrendalnie drogie (ponad 200 zł). Ale i na to zawsze jest rada – przeanalizowałem Google Maps i znalazłem parą potencjalnych miejsc na bezpieczny nocleg na dziko w pobliżu lotniska. Mam w tym zakresie ostatnio sporo doświadczeń: tak było przy wypadzie do Andory (2 noclegi pod chmurką), na Kretę (2 noclegi pod chmurką) i do Izraela (jeden nocleg). Ponieważ biorę ze sobą tylko namiot ratunkowy, plecak nie będzie zbyt wypchany, liczę wiec na to, że nie oddam plecaka do luku bagażowego (aczkolwiek, o czym się zaraz przekonam, przekracza on nie tylko wymiar małego bagażu (40 × 25 × 20 cm), ale również dużego bagażu podręcznego (56 × 40 × 20 cm). Zauważam jednak, że Ryanair przymyka oko na plecaki, być może ze względu na różne paski i kieszonki, które mogą o coś się zahaczyć.
Jak zwykle w drodze do Warszawy, denerwuję się. PolskiBus, a obecnie FlixBus zawsze w rozkładzie jazdy zaniża czas przejazdu do stolicy – cóż z tego, że czasem uda się dojechać punktualnie, jak zazwyczaj spóźnienie wynosi ponad 30 minut... Tak jest i tym razem, nie jestem pewien, czy zdążę na swoją Kolej Mazowiecką o 18:00. Zwlekam do ostatniej chwili i dopiero tuż przed końcem trasy kupuję bilet elektroniczny na pociąg. W Modlinie kolejne opóźnienie – nad Mazowszem przechodzi burza i startujemy z godzinnym poślizgiem (21:45). To akurat nie ma dla mnie znaczenia, im później dotrę do Memmingen, tym krótsza noc czeka mnie w krzakach. W samolocie mnóstwo młodych Polaków. Zastanawiam się nad celem ich podróży. City-break? A może jadą do pracy? Memmingen nie wydaje się być taką atrakcyjną turystyczną jak Barcelona czy Mediolan, czyżby skusiła ich tylko niska cena?
Lotnisko w Memmingen jest malutkie. To samo pomieszczenie pełni rolę hali przylotów i odlotów. Przypomina mi lotnisko w Lourdes lub Weeze; też niewiele lotów w ciągu doby. Plusem jest stosunkowo mała odległość od miasta, może 4 km.
Przybieram się, zakładając dodatkowe warstwy odzieży, napełniam butelkę z wodą i ruszam w ciemną noc. Pierwsze potencjalna miejscówka – zagajnik przy rondzie z samolotem-pomnikiem okazuje się niewypałem. Teren jest ogrodzony płotem z drutu kolczastego. Nie zrażam się i skręcam w boczną polną drogą. Palą się tu i ówdzie światła w nieodległych gospodarstwach, ale mam nadzieję, że nikt nie wypatrzy nocnego wędrowca. Okolica jest wybitnie wiejska, o czym świadczy zapach nawozu przesycający powietrze. Ile się znam na wiejskich zapachach, ten pochodzi od rozlany gnojówki na polach. Znaczy się mamy tu rolnictwo ekologiczne! Zastanawiam się, czy nie uciec stąd daleko, ale oto dostrzegam deskę przerzuconą przez rów melioracyjny i słabo widoczną ścieżką prowadzącą ku obiecującemu zagajnikowi na wzgórzu. Rozkładam alu-matę między drzewami i chowam się w śpiworze. Jest chłodno, a będzie jeszcze zimniej. Prognoza pogody mówi o 4 stopniach Celsjusza nad ranem. Wytrzymam! Przez bezlistne konary drzew widzę dziesiątki gwiazd. Noc nie przypomina tych sierpniowych w nocy na Polanach Surowicznych, kiedy niebo lśniło od milionów gwiazd...
Łapię się na tym, że coraz częściej wspominam przeszłe wydarzenia: tęsknię za niektórymi, porównuję z innymi. Czas leci, lata lecą... To, co się wydarza teraz, nie jest już takie nowe, dziewicze. I chociaż są to nieuniknione powtórki z różnych sytuacji, to przecież wciąż się angażują emocjonalnie i poznawczo. Może nie mam już w sobie tyle radości z odkrywania, ale niezmiennie ciągnie mnie do nowego. Nawet kolejne muzeum archeologiczne nie jest dla mnie udręką, podobnie jak egzotyczny bazar. Przecież zawsze znajdzie się jakiś niesamowity eksponat lub "odkryję" nowy owoc lub rybę na straganie. Jeszcze jedno: może się wydawać, że te moje wieloletnie doświadczenia trampingowe sprawią, że wpadnę w jakąś rutynę i będę podchodzić na luzie do wszystkiego na wyjazdach. Akurat! Moje stresy i rozterki wcale nie są mniejsze niż 25 lat temu. Może to dlatego, że wcześniej nie brałem pod uwagę pewnych zagrożeń i sytuacji? Nie wiem... Myślę jednak, że po prostu jestem świadom różnych potencjalnych możliwych wydarzeń, a jednocześnie nie jestem skłonny przedsiębrać wszystkich środków, które radykalnie obniżyłyby ryzyko tych zagrożeń. Krótko mówiąc, pesymista-ryzykant. :) Wiem jedno: wszystko dobrze się kończy. I zawsze jest jakieś wyjście z sytuacji.
Rozmyślania o życiu i trampingach przerywa mi zasłużony płytki sen. W nocy wciąż zmieniam pozycję ciała, zimno ciągnie od tej alu-maty!