Dzień: [1] [2]


Kraków – Wiedeń

sobota, 8 VI 2019


Zawodna pamięć | Niezbyt orzyjemny hostel


Byłem już w Wiedniu. Po co więc jadę kolejny raz? Ano właściwie są trzy powody. Po pierwsze niewiele pamiętam z pierwszej wizyty w stolicy Austrii w roku 1993. Jechałem wówczas z Sylwią do Włoch na studencki tramping i mieliśmy kilkugodzinny przystanek w mieście. Zapamiętałem kościół świętego Stefana, pomnik cesarza Franciszka i... właściwie tyle. To były miejsca uwiecznione przeze mnie na zdjęciach. Otóż to! Najlepiej zapamiętuję miejsca, sceny i sytuacje, w których zrobię zdjęcia. Reszta po jakimś czasie ginie w gmatwaninie obrazów i wrażeń. Dlatego tak lubię robić zdjęcia – niekoniecznie miejscom ważnym, ale także innym: przypadkowym lub charakterystycznym po to, by dokumentować wyjazd, by zapamiętać na fotografii to, czego mózg pamiętać nie da rady. Nie jest to wyłącznie związane z upływającym czasem, przybywającym wiekiem. Zgadza się: jestem coraz starszy i pamięć może już nie być tak trwała. Ale wiąże się to też z nieprawdopodobną ilością obrazów, które widziałem w ciągu ostatnich 25 lat. To nie było, powiedzmy, sto kościołów czy pałaców. To były tysiące kościołów, setki pałaców i tysiące, tysiące miejsc, które odwiedziłem. Nie sposób to zapamiętać, dlatego też od lat nie staram się oglądać każdego dostępnego miejsca wymienionego w przewodniku. Wiem, że za jakiś czas zleją się one w pamięci z innymi miejscami, które widziałem wcześniej. Nie jest to wyłącznie moja przypadłość. Gdy pytam o szczegóły trampingów moich współtowarzyszy podróży, na ogół zasłaniają się oni niepamięcią. Chociaż – o ile dobrze wiem – nie podróżują tak często i z pewnością mniej mieli do zapamiętania. Dlatego tak staram się wszystko fotografować i dlatego staram się – co prawda ostatnio z pewnym poślizgiem – wszystko przynosić na papier (lub do sieci). Tak więc pierwszym motywem powtórnego wyjazdu do Wiednia była chęć odświeżenia w pamięci miejsc.

Drugi, dość oczywisty dla mnie motyw, to moja chęć i potrzeba latania. Gdy widzę atrakcyjne ceny lotów u tanich przewoźników, po prostu ciężko mi się powstrzymać przed kupnem biletu. 30 lub 50 złotych to pieniądze, które często ludzie wydają przy byle okazji, na byle co. Jeśli za tę kwotę mogę polecieć gdzieś do innego kraju, to ja w to wchodzę, bez dwóch zdań. Po prostu lubię to! Lubię znaleźć się w nowym miejscu, lubię te stresy przy starcie i lądowaniu, tę gonitwę po terminalach – chociaż tak często denerwującą. I trzeci powód – najbardziej prozaiczny: nigdy nie byłem w pałacu Schönbrunn. Ani podczas pierwszej wizyty, ani później, gdy z Sergiuszem wracałem z Nowej Zelandii. Zwyczajnie nie było wówczas czasu. Teraz przeznaczyłem dwa dni, a właściwie 24 godziny, aby nadrobić tę zaległość.

Wylatuję z Krakowa w sobotę wieczorem (19:10), wracam w niedzielę wieczorem. Mam pełną dobę wystarczy, by nie tylko zobaczyć sławny pałac, ale i przejść się po mieście i odświeżyć pamięć. Aha! Bilety kupiłem po 40 zł w każdą stronę, zarezerwowałem również nocleg – najtańszy z możliwych w hostelu APMS, stosunkowo blisko pałacu Schönbrunn. Głównym wydatkiem, jak się okaże, będzie bilet wstępu do pałacu-muzeum.

Na wiedeńskim lotnisku Schwechat jestem o 20:00. Lot krótki, nie warty wspomnienia. Przechodzę na stację kolejki i za niecałe 2 euro jadę do centrum Wiednia. Wysiadam na stacji Meidling. Jest już wieczór i chociaż dzień już długi, to chciałbym jak najszybciej być na miejscu. Na ulicy Rotenmühlgasse 57, gdzie znajduje się mój hostel, zupełny brak jest oznaczeń. Brama z nieczynnym domofonem, czekam ze 20 minut, aż ktoś będzie wychodził z budynku. Przez odpychającą klatkę schodową wchodzę na piętro, chcę odszukać pokój nr 10, brak jednak oznaczeń na drzwiach. Według wskazówek z e-maila powinienem otworzyć zamek elektroniczny przy pomocy kodu. Kod nie działa lub zamek nie działa, na szczęście wystarczy mocno pchnąć drzwi ręką. Pokój jest ośmioosobowy z miniaturową łazienką z niedomykającymi się drzwiami harmonijkowymi i maleńkim aneksem kuchennym. W kuchni brakuje naczyń i sztućców, ale tego nie widać, bo żarówka jest przepalona. Na szczęście mam kuchenne utensylia ze sobą. W pokoju na razie nikogo nie ma, zajmuję łóżko o numerze wskazanym w mailu, robię sobie kawę i zjadam chińską zupkę. Wieczorem zjawia się dziwnie ubrany chłopak – transwestyta z Bukaresztu i Maxim, zdaje się Austriak. Chwilę rozmawiamy, później chłopcy wychodzą do miasta. Nad ranem, nie zważając na śpiących ludzi, zjawia się jakiś wstawiony młodzieniec, a potem kolejny i głośno hałasując kładą się do łóżka. Nie przejmuję się tym za bardzo, takie są uroki hosteli – zwłaszcza tych najtańszych w dużych miastach.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej