Patriotyczne zachwyty? | W cesarskich apartamentach | | |
Budzę się przed 6:00, ostatecznie wstaję przed 7:00. Rumuński transwestyta nie wrócił na noc, Maxima też nie ma. Wrzucam parę kanapek na ruszt, wypijam kawę, obfotografuję pokój i, nie budząc pozostałych, zbieram się po cichu.
Na ulicach pustki, z rzadka przejeżdża samochód. Dochodzę do ogrodów pałacowych, tu rząd szklarni. Uśmiecham się do owocujących drzew, są tu nawet cytryny (Citrus limon). Najwyraźniej wiedeńczycy mają łagodniejszy klimat. Przed pałacem zaledwie kilka osób. Kręcą się w oczekiwaniu na otwarcie bramy. Kupuję bilet i zaczynam swój “Imperial tour” z darmowym audiobookiem w języku polskim. Sal czy komnat będzie dwadzieścia parę, to ledwie połowa udostępnionych, ale mam nadzieję, że będę oglądać te najładniejsze. Przechodząc przez kolejne pomieszczenia, w których żyła cesarska para, po raz kolejny mam to samo uczucie: jakże skromnie wygląda Wawel przy siedzibach innych władców. Moje zachwyty nad tym, co widziałem kiedyś w Polsce oczami pacholęcia, czy później jako młodzieniec były boleśnie weryfikowane przez znacznie piękniejsze, ciekawsze obrazy, które ujrzałem w różnych częściach świata, głównie Europy. Sądzę, że moje zachwyty nad światem stają się coraz bardziej wyważone adekwatne.
Pierwszy raz miałem takie odczucia w brukselskim pałacu królewskim, później w muzeach Watykanu, a później były dziesiątki zamków wspanialszych niż Wawel, kościołów ciekawszych niż Mariacki, miast piękniejszych niż Kraków, gór bardziej imponujących niż Tatry… I właściwie nie przeszkadza mi to, że poza Polską jest – bywa ładniej. Raczej to, że tak wielu Polaków – zapewne nieświadomie, ale też i nieustępliwie – utrzymuje, że ich ojczyzna jest najpiękniejsza. Nie wynika to z podbudowanego patriotyzmem przekonania opartego na faktach, lecz opiera się na umiarkowanym doświadczeniu i skłonności do odrzucenia tego, co niewygodne. Uwielbiamy to, co swojskie.
Wróćmy jednak do pałacu Schönbrunn. Już w pierwszej sali – dla straży pałacowej napotykam na coś ciekawego – system ukrytych korytarzy pozwalających na dostawę opału do pieców kaflowych umieszczonych w ścianach. Pozwalało to na ogrzewanie pomieszczeń bez przeszkadzania mieszkańcom. Zapewne umożliwiało też podsłuchiwanie i podglądanie, ale o tym mój audiobook milczy. W kolejnej komnacie z kolekcją manekinów ubranych w różne uniformy trafiam na mundury żołnierzy węgierskich. To prosty, namacalny dowód na istnienie Austro-Węgier. Przy okazji zastanawiam się, jaki jest obecnie wzajemny stosunek Węgrów do Austriaków. Czy mają w pamięci Ugodę austriacko-węgierska (niem. Ausgleich, węg. Kiegyezés) z 1867 roku? Taką ichniejszą Unię lubelską? Czy ich relacje są podobne do związków polsko-litewskich? Muszę sprawdzić.
[Ciąg dalszy zwiedzania]
[Powrót do Krakowa]