Odlatuję do Polski | Rozmyślania o budżecie | Co mi się podobało?
Przebudzam się ze snu koło 5:00. Trudno to nazwać snem, była to raczej drzemka. Chociaż spałem w puchowym śpiworze, trochę zmarzłem. O 6:00 jestem spakowany, zwijam wilgotną alumatę i po chwili już maszeruję szybkim krokiem w kierunku lotniska. Przed 7:00 jestem na miejscu. Idę jeszcze do toalety się umyć i ogolić, muszę jako tako wyglądać, wracając do Polski. Odlatujemy o 8:10, dwie godziny później już jestem w Krakowie i wracam autobusem do domu. Jest sobota, więc zaraz wskoczę do łóżka i odeśpię ostatnią noc.
Zanim krótko podsumuję ten wypad, muszę powiedzieć o myślach, które czasem pojawiają się u mnie podczas wyjazdów: czy rzeczywiście powinienem tak ciąć koszty? Na tym wyjeździe oprócz lotów, trzech przejazdów i na razie nierozliczonego noclegu w hotelu nie wydałem praktycznie ani centa. Samolot kosztował mnie 120 złotych, przejazdy FlixBusem – około 70 zł. W sumie na wyjeździe wydałem 230 zł. Ktoś powie, że bardzo mało, ale ja nie zarabiam dużo, a wydatki na podróże stanowią znaczący procent mojego budżetu domowego.
W dalszym ciągu otwarte pozostaje pytanie, czy muszę tak oszczędzać podczas wyjazdów na noclegach, na jedzeniu, na transporcie miejskim. Jedzenie zazwyczaj zabieram z domu, jest zwykle tańsze; korzystać z autobusów na każdym kroku nie muszę, przechodząc pieszo nawet dłuższe odcinki (jak te przykładowo z lotniska czy do Kanału Kilońskiego) traktuję jako formę rekreacji. Ludzie płacą za dostęp do klubów fitness, wskakują na bieżnię i trenują przez godzinę. Ja wolę przejść się na świeżym powietrzu, coś zobaczyć po drodze. I jeszcze oszczędzić pieniądze. Podobnie z jedzeniem: osoby, którzy chcą się odchudzić, wydają kupę kasy na specjalne diety, ja po prostu w czasie wyjazdów trochę mniej jem. To nie znaczy, że jestem głodny. Natomiast, jeśli chodzi o niekonwencjonalne noclegi, to uznaję je za przygodę, za jakieś wyzwanie. Ludzie płacą za wyjazdy na obozy survivalowe, sprawdzają się w jakichś trudnych warunkach robiąc sobie w lesie legowisko, zjadając korzonki, rozpalając ogień krzesiwem. Ja wolę po swojemu: też muszę znaleźć miejsce do spania, zadbać o względne bezpieczeństwo, o to, by nie zabrakło mi picia i jedzenia, prądu w komórce i aparacie, żebym się nie zgubił i tak dalej. W sumie to chodzi o to, że zracjonalizowałem to moje cięcie wydatków. Generalnie nie robię z tego powodu problemów, a korzyści dla mnie są oczywiste – mam więcej pieniędzy na następne wyjazdy. A przecież o to mi chodzi, żeby jak najwięcej zobaczyć i przeżyć.
Czy inaczej bym podchodził do tych kwestii, gdybym dużo więcej zarabiał? Myślę, że nie. Zawsze mam jednak potrzebę wędrowania, wysiłku fizycznego, a niewygody nie są dla mnie problemem. Oczywiście, cały czas piszę o moich wyjazdach solowych. Inaczej wyglądają trampingi, gdy jadę z kimś… Może dość tych dyrdymałów.
Czas na krótkie podsumowanie. Co mi się podobało na wyjeździe? Bez wątpienia architektura niemiecka, zwłaszcza Lubeka oraz dzielnica portowa w Hamburgu. Ucieszyłem się również z wycieczki nad Kanał Kiloński. Cieszę się, że odwiedziłem ten region Niemiec. Chociaż to już moja szósta podróż do kraju sąsiadów, to wciąż pozostaje wiele atrakcyjnych miast do zobaczenia. A z tego krótkiego wypadu – pomimo niewygód i ograniczeń – zadowolony jestem!