Gdy Włosi jeszcze śpią... | Niezwykłe trulli | | | | | |
Dziś jadę do Arbellobelo. Nie… Do Alberobello. Wciąż nie mogę zapamiętać tej nazwy. By dotrzeć do tego niewielkiego, aczkolwiek sławnego miasteczka, muszę wstać w miarę wcześnie, bo o 5:00. Szybka kawa, wczorajsza kanapka i ruszam na dworzec kolejowy. Bari Sud Est oddalony o 600 metrów. Na dworze jeszcze ciemno, żywego ducha na ulicy, o tej porze Włosi jeszcze śpią. Dopiero w okolicach stacji kolejowej spotykam jakiegoś mężczyznę przy automacie biletowym.
O 6:00 wsiadam do pociągu, a kilka minut później zza horyzontu wyskakuje pomarańczowa tarcza słońca. Bezchmurne niebo niebieszczeje, dzień zapowiada się słoneczny. Cel mojej krótkiej wycieczki położony jest w odległości 60 kilometrów, ale przejazd trwa prawie dwie godziny. Już po drodze, w kilku miejscowościach dostrzegam pojedyncze trulli. Wiem, że w Alberobello będzie ich dużo więcej. Cieszę się na ich widok tak, jak cieszyłem się w Mongolii, widząc pierwsze jurty. Tutejsze kamienne domy z charakterystycznymi dachami z kamienia zwane trulli są sławne w całym świecie i były dla mnie głównym argumentem, by w końcu polecieć do Bari.
Na miejscu jestem o 7:40 i od razu fotografuję aktualny rozkład jazdy na powrotne pociągi. Wiem, że w tym miasteczku interesujące są nie tylko trulli, jest tu też sporo innych zabytków. Zaczynam właśnie od usytuowanego obok Piazza Ferdinando 4 interesującego budynku Casa d’Amore z 1797 roku. Nazwa, co może być zaskoczeniem, pochodzi od pierwszego właściciela Francesco d'Amore, a budynek – jak wyjaśnia tablica przed nim – jest formą pośrednią pomiędzy rustykalnym trullo a prawdziwym pałacem. Do budowy zastosowano tu po raz pierwszy zaprawę murarską, co było postępem w stosunku do luźnego układania cegieł we wcześniejszych wiekach. Ulepszona technologia pozwoliła na wzniesienie dwupiętrowego budynku z pokryciem dachu podobnym jak w trullo. Wchodzę po zewnętrznych schodach na piętro, by lepiej przyjrzeć się urozmaiconej bryle budynku, a zwłaszcza kamiennym, stożkowatym dachom.
Kilkaset metrów dalej przy mało interesującym XIX-kościele z prostą fasadą (Chiesetta Rettoria SS. Sacramento e S. Lucia compatrona) znajduje się plac, który stanowi fantastyczny punkt widokowy (Vista Panoramica dei Trulli), na południowo-zachodnią część miasta. To właśnie tam, na zboczu niewysokiego wzgórza, znajduje się największe skupisko trulli. Są ich dziesiątki i wyglądają naprawdę bajkowo. Niezwykłości temu widokowi dodaje biel domów: praktycznie wszystkie budynki są wytynkowane i pomalowane na biało.
Przechodzę przez Via Indipendenza i zagłębiam się wąskie uliczki. Typowe trullo ma ściany wykonane z kamienia i stożkowaty dach pokryty płaskimi kamieniami wielkości dachówek.
Zatrzymuję się na chwilę przy tak zwanym syjamskim trulli. Są to dwa budynki złączone wspólną ścianą i dwoma czubkami łagodnie przechodzącymi w siebie i tworzącymi wspólny dach.
Chodząc po uliczkach dzielnicy Monti, zaglądam do każdego kąta, fotografuję wszystkie niemal wszystkie domy, nie mogąc nacieszyć się ich widokiem. Zaglądam również do kościoła (Chiesa Parrocchiale di Sant'Antonio da Padova) przy Via Monte Pertica. Jego bryła jest dość niezwykły jak na kościoły, ale biorąc pod uwagę lokalizację – całkiem naturalna. Kopuła nad główną nawą ma postać dachu trulli, podobnie zresztą wygląda dzwonnica. Wchodzę do środka. Za ołtarzem, na tle dużego malowidła „Drzewo życia autorstwa Adolfa Rollo z postaciami świętych i aniołów, znajduje się posąg Chrystusa na krzyżu. W nawie głównej jest również kilka dużych rzeźb przestawiających Matkę Boską i drugą postać z krzyżem w ręku – ani chybi świętą Ritę. Wnętrze kościoła, jak dla mnie, nie sprawia wyjątkowego wrażenia. Wydaje się być współczesny i tak jest w rzeczywistości: został wybudowany niecałe sto lat temu (1924). Ksiądz Antonio Lippolis zadbał o to, by powstający kościół dobrze komponował się z resztą architektury dzielnicy Monti. Sąsiednie budynki, między innymi Casa Albergo Sant'Antonio – trzygwiazdkowy hotel – również zbudowane są w tym samym stylu. A to dla mnie oznacza już problem w akceptacji Alberobello jako miejsca oryginalnego, prawdziwego i nieskażonego komercją.
Moja wędrówka po mieście odbywa się w całkowitej ciszy i... w samotności. Chociaż jest już jasny dzień, minęła godzina 9:00, to sklepiki z pamiątkami i knajpki są jeszcze pozamykane, a turystów w dalszym ciągu się nie uświadczy. Z jednej strony to mnie cieszy, bo swobodnie mogę robić zdjęcia i nikt mi nie wchodzi w kadr. Z drugiej strony sklepiki i kawiarenki wypełnione turystami, jakby nie było, są ciekawym dodatkiem do zdjęć.
[Wyjazd do Matery i zwiedzanie miasta]