Czy to są podróżnicy? | Przyjemne z pożytecznym...
Dziś lecę do Alicante. Jest to wyjazd, co prawda służbowy, ale będzie czas na zwiedzanie.
Niejednokrotnie w życiu trafiałem na ludzi, którzy dużo podróżują po świecie – jak się później wyjaśniało – służbowo. Zastanawiałem się wówczas, czy rzeczywiście oni podróżują, czy też po prostu pracują w firmach, w których często wymagane są delegacje zagraniczne. I powiedzmy sobie szczerze: patrzyłem na te ich "dokonania" z lekceważeniem i dezaprobatą. Bo dla mnie liczy się własna inicjatywa, własnej wysiłek i... własne pieniądze! Nie jest sztuką odwiedzić muzeum Guggenheim w Nowym Jorku, jeśli ma się delegację do USA. To sytuacja, gdy "podróżnik" nie ponosi żadnych kosztów związanych z wyjazdem, załatwiania wizy, noclegów i wyżywienia na miejscu.
Z pewną rezerwą również patrzyłem i patrzę na ludzi, którzy podróżują, pracując gdzieś za granicą. Na ogół dysponują wówczas wielokrotnie większymi zasobami finansowymi i mogą sobie pozwolić na luksusowe zwiedzanie kraju, w którym przybywają. Ale, jak by nie patrzeć, nie są to wówczas podróże zagraniczne!
Inną kategorią "podróżników" były dla mnie zawsze osoby, które wyjeżdżały za granicę, by handlować: na Węgry, do Turcji i gdzie indziej. Poniekąd na tych wyjazdach oni również byli w pracy.
Zgadza się, wszystkie te wymienione wyżej osoby mogą powiedzieć: „O ho, ho! Jeździło się po świecie! Byłem w Paryżu, w Londynie i w Nowym Jorku”. Ale jednak – przynajmniej dla mnie – to nie są prawdziwe podróże i to nie są prawdziwi podróżnicy. Być może te oceny wydadzą się komuś niesprawiedliwe i niewłaściwe, ale takie mam zdanie. A przecież warto mieć własne zdanie 😊.
Wrócę do mojego wyjazdu do Alicante. Jest on związany z realizacją projektu, a spotkanie, na które jedziemy, ma charakter roboczy. Projekt jest międzynarodowy, obejmujący kilka państw, w tym Hiszpanię. Spotkanie wymaga więc uzgodnienia odpowiedniej daty tak, by wszystkim pasowała. Dziwnym trafem data spotkania została zaakceptowana przez Ryszarda, z którym lecę. Dziwnym – bo ani w przeddzień, ani w dzień po wyznaczonej dacie spotkania nie ma połączeń z Krakowa do Alicante. W ten sposób wylatujemy w poniedziałek, spotkanie mamy w środę, a wracamy… w piątek. Dodam – spotkanie, które potrwa kilka godzin. Oczywiście te cztery noclegi są pokrywane z budżetu projektu. Także diety, całkiem niemałe. No cóż, gdybym to ja zawiadywał budżetem, inaczej bym to organizował. W każdym razie mam do dyspozycji dwa dodatkowe dni na zwiedzanie.
Wylatujemy z krakowskich z Balic wieczorem koło 18:00. Na lotnisku w Alicante jesteśmy trzy godziny później. Komunikacja z miastem jest bezproblemowa, do centrum kursuje autobus za niecałe 2 euro. Na marginesie: jeździ on okrężną trasą, więc warto zapamiętać położenia przystanków w obie strony. Nasz hotel usytuowany jest w samym centrum w XIX-wiecznym pałacu i chociaż nie ma on może pięciu gwiazdek, to na taki wygląda. Z okna roztacza się widok na wewnętrzny zabytkowy dziedziniec, a powyżej dachów widoczna jest podświetlona sylwetka Castillo de Santa Bárbara – twierdzy w Alicante. Jutro się tam z pewnością wybiorę.