Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]


Kastraki – Kalambaka – Saloniki

środa, 24 V 2023


Czy jestem wielbłądem? | Renata głaszcze żółwia | Jeszcze więcej kościółków | Gdzie ten Olimp? | Wcinamy souvlaki | Znasz tego gościa?| Pod Białą Wieżą


„Kolejny dzień z życia wielbłąda”. Tak postanowiłem rozpocząć relację z tego dnia, gdy stanąłem przed kościółkiem pw. świętego Jerzego i zrzuciłem z siebie oba plecaki: mój i Renaty. Dotarliśmy tu po 40-minutowym spacerze ścieżką pod skałami tworzącymi masyw nad Kalambaką. Nie była to zbyt wymagająca ani męcząca droga, ale zawsze mam wyrzuty sumienia, gdy proponuję podczas trampingu jakąś mniej wygodną drogę albo gdy trzeba się spieszyć. Wtedy, dla uproszczenia sytuacji, zarzucam na siebie dodatkowy bagaż.

Nocleg w Kastraki nie był najgorszy, ale stosunek jakości do ceny sprawił, że do tej pory mam ambiwalentne odczucia. Wczoraj naszła mnie ochota, by przed śniadaniem przejść się po okolicy i zobaczyć monastyry oświetlone słońcem poranka. I chociaż obudziłem się o 6:40, to odpuściłem sobie spacer. I dobrze, bo słońce wschodzi za ostańcami, na których zbudowano klasztory i światło wpada wprost do obiektywu, psując całkowicie zdjęcia.

– Bierzemy ze sobą bagaże? – pyta po śniadaniu Renata.

– Tak. Mamy 3 godziny do odjazdu autobusu z Kalambaki, nie opłaca się tutaj wracać.

– Rozumiem. Jestem gotowa do drogi.

Trasa wytyczona przeze mnie wiedzie ścieżką przez północną część Kalambaki do kościółka św. Jerzego. Po drodze zobaczymy dwa inne kościółki. Stamtąd zamierzamy wrócić na dworzec w centrum miasta. Pogoda jest przepiękna, tak powinno być na każdym wyjeździe! Opuszczamy Kastraki, fotografując odległe góry po zachodniej stronie. Podobają mi się te wszystkie małe pensjonaty i hoteliki, i inne domy mieszkańców pełne kwiatów, z dachami przykrytymi czerwoną dachówką i białymi ścianami. To jest właśnie to, co przyciąga turystów do takich miejscowości.

– Widziałaś? – wykrzykuję w pewnym momencie do Renaty.

– Co widziałam?

– Dudek siedział na drzewie.

– Zauważyłam tylko, że przelatuje ptak…

– To był dudek! Przepiękny ptak.

Cieszę się, że go zobaczyłem – po raz drugi w życiu i to za każdym razem poza granicą Polski. Zagadani, gubimy drogę odchodzącą w lewą stronę w kierunku potężnych skał wznoszących się ponad Kalambaką. Zawracamy. Droga szybko zmienia się w ścieżkę, a ta w ścieżynę. Chwilami musimy przedzierać się przez chaszcze i przekraczać na wpół wyschnięte strumyki.

– Poczekaj, wezmę plecak od ciebie – deklaruję, widząc, że Renata trochę się męczy ze swoim plecakiem.

– Dziękuję.

– No tak, te kosmetyki pół kilograma…

– Wcale nie kosmetyki. Tylko mam buty do przebrania, spodnie i ubrania, to wszystko waży – usprawiedliwia się dziewczyna.

Na pocieszenie przypominam historię z innymi towarzyszkami podróży, które brały dwukrotnie większe plecaki od mojego.

Ścieżka, jak wspomniałem, wiedzie wzdłuż wielkich skał wiszących nad Kalambaką. Są teraz na wyciągnięcie ręki i mogę spokojnie się im przyjrzeć: to zlepieńce, materiał twardy, a jednocześnie wystarczająco podatny na erozję, by tworzyć potężne iglice i wieże. Ścieżka nie jest zbyt uczęszczana, miejscowi też raczej z niej nie korzystają. Od czasu do czasu odsłaniają się fantastyczne widoki na Kalambakę i odległe góry. Po około 25 minutach dochodzimy do kościółka pod wezwaniem świętych: Bazylego, Konstantyna i Heleny (Αγίου Βασιλείου και Αγίων Κωνσταντίνου και Ελένης). Niestety kościółek jest zamknięty. Skryty w gąszczu drzew nie nadaje się do fotografowania. Obok znajdują się ruiny innego kościoła, niewiele i tu pozostało do oglądania. Zanim podejdziemy do kolejnego kościoła pw. św. Antoniego i Mikołaja (Άγιος Αντώνιος και ο Άγιος Νικόλαος), spotykamy na drodze żółwia. Przemierza w poprzek uliczkę, uciekając na pobocze. Chcę mu zrobić kilka zdjęć, więc muszę go przenieść z powrotem na środek drogi.

– Nie chcesz go pogłaskać? – pytam filmującą Renatę.

– Nie, nie chcę!

– Dotknij, zobaczysz, jaki jest fajny!

Dziewczyna podchodzi z pewną rezerwą i głaszcze żółwia po skorupie.

– A po brzuszku?

– Nie chcę!

Okej. Jak się okazuje, było to pierwsze spotkanie Renaty z żółwiem w naturze.

– Ja miło wspominam spotkanie z żółwiami w Macedonii – opowiadam moją bałkańską przygodę z Sergiuszem. – A w ogóle fajnie jest pływać za żółwiami morskimi podczas nurkowania lub snurkowania – dodaję.

Kolejny kościółek – pod wezwaniem Zaśnięcia Bogurodzicy (Κοιμήσεως της Θεοτόκου Καλαμπάκας) – pochodzi z IV czy V w. n.e., ma oddzielną (zapewne późniejszą) wolnostojącą dzwonnicę i otoczony jest otoczony jest murem. Zaraz po przekroczeniu bramy przylatuje grecka babina i woła w kilku językach.

– Tickets, eisitíria, biliety!

– How much?

– 2 euro.

– No, thanks – kręcę głową.

Babina znika we głębi nawy, wykorzystuje więc moment, by luknąć do środka i sfotografować kościół z przedsionka. Nie chce nam się już wchodzić przy każdej okazji do kościoła. Są jednak podobne, a my nie jesteśmy aż wielkimi fanami ściennych malowideł. Z tego, co się zorientowałem, w wszystkie ściany w kościele pokryte są bizantyjskimi malowidłami ściennymi. Widoczna jest również w głębi paleochrześcijańska ambona. Z tego, co wiem, jest to jedyna cerkiew prawosławna na świecie z wolnostojącą amboną.

Idziemy dalej, co chwilę oglądamy się za siebie. Podnosimy głowy do góry, podziwiając pionowe gładkie ściany masywu.

– Jakże to wspaniałe miejsce do wspinaczki dla skałkowiczów – zauważam.

Być może tu im tu nie wolno się wspinać, ale w kilku innych miejscach wczoraj widzieliśmy alpinistów ze sprzętem. Renata cały czas wpatruje się w komórkę, szukając dalszej drogi.

– Nie pomagaj mi! – mówi – sama chcę nauczyć się orientacji w terenie.

Zatrzymujemy się na chwilę. Kościółek Świętego Jerzego (Αγίου Γεωργίου), przy którym jesteśmy, niestety jest również zamknięty. Można spojrzeć do wnętrza jedynie przez szybkę w oknie. Obchodzę kościół wokół, fotografując, co się da. To najwyższy punkt naszej dzisiejszej naszego spaceru. Zawracamy teraz do centrum miasta. Po drodze odwiedzamy jeszcze kolejne trzy kościoły. Dwa z nich są zamknięte, trzeci – miejscowa katedra św. Wissariona – jest otwarty. Trwają uroczystości pogrzebowe, w nawie mnóstwo ludzi ubranych na czarno. Przed kościołem zatrzymuje się karawan. "Solenizant" skończył 82 lata.

– Tu w Grecji ludzie statystycznie żyją długo – zauważam.

Sam kościół interesujący, ściany nawy głównej i bocznych są na całej powierzchni pokryte malowidłami.

Renata ma ochotę na lody. Lody są, ale litrowe.

– Nie będę tyle kupować!

– No, mógłbym ci pomóc zjeść…

Okej, jest za to cola za 85 centów, to mi pasuje.

– Czy jest zimna cola? – pytam obsługę.

Chłopak wyjmuje ukrytą w tyle lodówki mrożoną colę. Przy kasie konsternacja. Chcą ode mnie 1.35 euro.

– Z lodówki cola jest droższa.

Robię duże oczy.

– Co za kraj – wzdycham i biorę tę zwykłą z półki.

Na dworcu autobusowym wymieniam bilety elektroniczne na papierowe. Mamy jeszcze pół godziny czasu mam jeszcze godzinę czasu. Renata kupuje lody w pobliżu, chwilę odpoczywamy przed sklepem.

– Tu w ogóle nie ma parków – stwierdzam, patrząc na mapę.

Na szczęście trafiamy przypadkiem na mały skwer i tu, w cieniu, odczekujemy do odjazdu autobusu. Pierwszy odcinek do Trikali pokonujemy szybko. Tu 15 minut odpoczynku i jedziemy dalej do Salonik. Przed nami ponad 200 km, będziemy tam o 4:00 po południu.

Autobusy międzymiastowe w Grecji, przynajmniej przed sezonem, nie są przepełnione, mamy dość miejsca, by usiąść pojedynczo. Trochę przysypiamy, trochę fotografujemy. Czekam na pojawienie się sylwetki Olimpu, na który wchodziłem 22 lata temu. Przyjeżdżamy przez Larissę, nie wjeżdżając do miasta, i zjeżdżamy na samo wybrzeże. Przed nami, nieco po lewej widać wyższe góry. Niestety, bardzo rozległy masyw Olimpu nie jest zbyt fotogeniczny, przynajmniej z tej perspektywy. Łagodne zbocza pokryte lasami iglastymi nie zapowiadają dużych wysokości w głębi masywu.

– Tu będzie zamek po prawej stronie – zwracam się do Renaty, mając na myśli ruiny w Platamonas.

W pobliżu znajduje się również sanktuarium Agia Paraskevi i źródła Afrodyty. Przypominają mi się jednocześnie różne, niezbyt miłe sytuacje, z tamtego trampingu zorganizowanego przez przez wyjątkowo kiepskiego organizatora.

– To już jest Olimp – kontynuuję – jego najwyższy szczyt to Mitikas. Olimp nie ma jednego wierzchołka, lecz kilka, z których najwyższy to właśnie Mitikas. Z dwoma pozostałymi: Stefanią i Skalą układają się amfiteatralnie tworząc Tron Zeusa.

Renata kiwa głową.

Przejeżdżamy przez dwa tunele. Pierwszy z nich, tunel Tempi, ciągnie się na długości 6 kilometrów i jest najdłuższy w Grecji. Podobnie jak kolejny – trzykilometrowy tunel Platamonas – jest względnie nowy, oddany do użytku w 2017 roku. To również wyjaśnia, dlaczego dwadzieścia lat temu mogłem z okien autobusu zobaczyć ruiny bizantyjskiego zamku w Platamonas.

W końcu zatrzymujemy się w Salonikach. Ku mojemu zaskoczeniu jest to dworzec położony na obrzeżach miasta (KTEL Makedonia). Musimy stąd dojechać autobusem miejskim do naszego hotelu. Bilety po 90 eurocentów kupujemy w budce przed budynkiem.

Nasz hotel, czy też jak chce Booking.com – studio, znajduje się w centrum miasta, znajduje się około 700 metrów od placu Arystotelesa i około 1800 metrów od Białej Wieży. Po drodze przechodzimy przez średniowieczną bramą w murze. A mur to nie byle jaki – stanowił część 8-kilometrowych umocnień obronnych ciągnących się wokół ówczesnej Kassandry. Dziś niewiele zostało z tych z fortyfikacji zniszczonych ostatecznie przez Turków na przełomie XIX i XX wieku. Tu, w pobliżu fortecy Vardari, najlepiej zachowała się ośmiokątna wieża i fragmenty murów skryte pod ścianą budynku sądu. Najbardziej znana jest oczywiście Biała Wieża strzegąca miasta od strony morza.

Dłuższą chwilę spędzamy, odszukując źle zaznaczony na mapie Booking.com nasz nocleg. Obiekt jest samoobsługowy, klucz bierzemy spod wycieraczki. Do dyspozycji mamy pokój połączony z kuchnią i łazienkę. „Studio” jest nieco zaniedbane, ale do wytrzymania.

– Może być – stwierdzamy zgodnie.

Jest godzina 16:00, najwyższy czas na spacer po mieście. Kierunek jest oczywisty: Biała Wieża.

– Ale chciałabym najpierw coś zjeść – mówi Renata.

– No coś takiego, przecież dopiero co jadłaś w autobusie – śmieję się.

W tej części miasta, w której się znajdujemy, jest sporo knajpek i restauracji ustawionych na ulicach i na placach pomiędzy domami. Zerkamy tu i ówdzie do menu, zastanawiając się, co wybrać.

– Na pewno nie chcę kulek z mielonego mięsa – zapowiada Renata – nie chcę ryzykować czegoś nieświeżego. Ostatecznie siadamy w narożnej knajpce naprzeciw 10-piętrowego budynku z wielkim graffiti przestawiającym kobietę. Zjawia się chłopak przyjmujący zamówienia.

– Ja biorę souvlaki z kurczaka – decyduję się w końcu.

– To ja też – decyduje się Renata.

– Prosimy jeszcze grecką sałatkę z fetą.

– Chlebek?

– Nie, dziękujemy.

– Coś do picia?

– Nie dziękujemy.

– Coś jeszcze?

– Nie dziękujemy.

Porcje mięsa w postaci szaszłyka są olbrzymie. Czuję się najedzony i ociężały.

Do Białej Wieży zmierzamy teraz, nie spiesząc się, promenadą przypominającą wiele innych w południowej Europie.

– Gdyby nie ten hałas, można byłoby tu mieszkać – komentuję, przekrzykując warkot pędzących samochodów wzdłuż głównych ulicy.

– O, ten plac wygląda znajomo – mówi Renata, gdy podchodzimy na plac Arystotelesa. – Widziałam go w internecie.

– Podejdźmy do pomnika, muszę sfotografować gościa.

Arystoteles wygląda na zamyślonego. Siedzi tu od kilkudziesięciu lat i a jego pomnik jest jednym z ulubionych miejsc spotkań dla mieszkańców w salonie Salonikach. Zastanawiam się, czy jest tu gdzieś monument upamiętniający Aleksandra Macedońskiego, który wszak był uczniem Arystotelesa. Póki co trafiamy na jakiś pomnik innego Greka.

– Kto to jest? – pyta mnie Renata, widząc, że fotografuje współczesną rzeźbą.

– Elef…terios We… ni…zelos – odczytuję powoli napis na postumencie.

– Żartujesz sobie?!

– Nie. Naprawdę tak się nazywa. Ale go nie znam.

No cóż, nie znam wielu innych ... polityków na przykład greckich. Ten akurat był greckim premierem. Nawet osiem razy, nie wiedziałem. Ale skoro poprowadził mieszkańców Krety przeciwko wojskom Imperium Osmańskiego, to należy mu się pomnik jak psu buda.

Obok, po sąsiedzku, znajduje się wczesnośredniowieczny kościółek z biało-czerwonej cegły. Takie przynajmniej wrażenie sprawia na pierwszy rzut oka.

– Ach! To łaźnia turecka – stwierdzam, obchodząc budynek wokół.

Łatwiej bym się zorientował, gdybym miał drona: z góry widocznych jest 15 większych lub mniejszych kopuł nad pomieszczeniami gorącymi, ciepłymi i zimnymi – osobnych dla mężczyzn i kobiet. Bey Hamam, Rajska Łaźnia, została wybudowana w 1444 przez Murada II, tego samego sułtana, który dał łupnia polskiemu królowi Władysławowi III, zwanemu po śmierci Warneńczykiem. Jak to dobrze, że Grecy walcząc z Imperium Osmańskim nie zniszczyli tego miejsca. No cóż! Myć się gdzieś trzeba, niezależnie od wiary.

Przechodzimy parę metrów dalej i stajemy na placu Hagia Sofia przy współczesnej rzeźbie zatytułowanej „Mieszkańcy”. Przed nami katedra Hagia Sofia, jeden z najstarszych greckich kościołów. Zbudowana na planie krzyża greckiego bazylika, podobnie jak jej odpowiednik w Stambule doświadczała zmiennych kolei losów, będąc okresowo meczetem. Fasada jest więcej niż skromna: prosty portal wsparty na kolumnach, mało urozmaicony fryz pod dachem.

– Wchodzimy?

– Oczywiście!

Wewnątrz pustki. Samotna Greczynka siedzi w ławie, modli się. Pop uzgadnia coś z diakonami. Ikonostas jest jasno oświetlony, świecą dziesiątkami żarówek olbrzymie kandelabry. Ściany cerkwi pokryte są ciemnymi, wzorzystymi, głównie roślinnymi, motywami. Nasz wzrok przyciąga błyszcząca złotym kolorem mozaika w absydzie przedstawiająca Matkę Boską z Dzieciątkiem. Gdy podnoszę wzrok do góry, dostrzegam wewnątrz głównej kopuły malowaną scenę Wniebowstąpienia. Można by powiedzieć: to już widziałem, to wszystko jest mi znane z dziesiątków innych kościołów wschodniochrześcijańskich. A jednak mogę z przyjemnością zachwycać się wciąż tymi bogato zdobionymi wnętrzami. A gdy później z pomocą Google odbędę wirtualną podróż po kościołach Aten i Salonik, pomyślę: „Szkoda, że tego nie widziałem!”.

A oto Biała Wieża, widzimy już ją na nabrzeżu kilkaset metrów dalej. 22 lata temu, gdy przyjechałem tu na „indywidualną" wycieczkę z panem Romanem, oglądaliśmy ją po krótkim biegu, a potem wracaliśmy na dworzec, by pojechać do Pelli. Tu, na deptaku nadmorskim, jak zawsze pełno jest turystów, spacerują, rozmawiają i śmieją się, fotografują lub odpoczywają na trawniku opodal. XVI-wieczna White Tower, chociaż jest tak charakterystycznym obiektem w krajobrazie stolicy Macedonii, nie jest jak dla mnie zbyt atrakcyjna. Przysadzista, bez specjalnych dekoracji. No... stara jest i to jej głównej atut. Spoglądam jeszcze do mojej aplikacji Maps.me, czy przypadkiem w pobliżu nie ma jeszcze czegoś ciekawego. Ostatecznie, po krótkim odpoczynku w towarzystwie gołębi i hałaśliwych dzieci, wracamy.

– Aj! Musimy jeszcze zrobić zakupy jedzeniowe, bo jutro rano nie będzie czasu.

Greckie Lidle i Auchany są gdzieś daleko, a określenie supermercado na mapie nic nie znaczy: czasem to niewielki sklepik. Po drodze, przy Ionos Dragoumi trafiamy na odpowiedni sklep. Renata długo wybiera serki waniliowe i jakieś inne odpowiednie dla siebie jedzenia.

Tyle zwiedzania Salonik. Przy hotelu kończymy nasz powolny spacer. Miasto znów nie sprawiło na mnie specjalnego wrażenia, jest takie zwyczajne. Jutro Chalkidiki!


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej