Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6]


Ateny – Delfy

poniedziałek, 22 V 2023


Tęsknię za tanim podróżowaniem | Mamy pokój w piwnicy?! | Skarbce przy Świętej Drodze | Kultura i sport: co stawiano wyżej?> | Kurosy i pępek świata


Gdy zastanawiałem się nad trasą do przejechania w Grecji i napotykałem na trudności logistyczne związane z rzadko jeżdżącymi autobusami, pomyślałem sobie, czy aby nie zrezygnować z Delf, w których już kiedyś byłem. Z drugiej strony, jak by nie było, Delfy zajmują bardzo ważne miejsce w kulturze Grecji i wypadałoby, aby Renata je poznała. Ze szczątkowych rozkładów jazdy zamieszczonych w sieci wynika, że codziennie z Aten do Delf jeżdżą trzy autobusy. A kolejnego dnia będziemy mogli przyjechać porannym autobusem (6:30) do Kalambaki. Plan na dalszą drogę więc mamy. Pozostało więc teraz mieć nadzieję na względnie dobrą pogodę.

Ranek nie zapowiada najgorszego dnia. Odsłaniam kotary w pokoju o 7:30. Chmury wiszą nad Atenami, ale nie pada. Nie śpieszymy się, odjazd mamy o 10:30, a śniadanie już na nas czeka. Muszę przyznać, że absolutnie udało się nam z tym lepszym hotelem i darmowym śniadaniem. Restauracja hotelowa znajduje się na ósmym, przeszklonym piętrze, a z tarasu, na którym siadamy, rozpościera się fenomenalna panorama miasta. Zaserwowano nam stół szwedzki, a zatem jemy, aż do stanu pełnego nasycenia.

Czeka nas teraz nieco ponad 30-minutowy spacer na dworzec. Słoneczko lekko przygrzewa, nie spieszymy się.

Podróżowanie autobusem nie należy, zdaje się, do zbyt ulubionych rozrywek współczesnych Greków, którzy raczej preferują jazdę samochodem. Taki wniosek przynajmniej wysnuwam, patrząc na wypełniony zaledwie w 20% pojazd. Poskarżyłem się wczoraj Renacie, że Grecja nazbyt drogo wychodzi. Same przejazdy autobusem wyniosą nas ze 100 EUR na osobę.

– I tak wyjdzie taniej niż z biurem – pociesza Renata.

– No tak, ale zawsze trafiałem na jakieś promocje i okazje.

– Nie możesz mieć wszystkiego za darmo – tłumaczy – gdyby tak było, przedsiębiorstwa by padły, bo interesy by nie szły.

– Wolałbym, żeby Grecy zarabiali na Grekach, a nie na mnie.

Renata kiwa głową.

Najważniejsze jest jednak, że da się ogarnąć transport publiczny w Grecji.

– No, w porządku, zawsze mogę jeździć stopem. Gdybym jechał sam…

– To sobie jeźdź sam, beze mnie! – obrusza się Renata.

– O! 100% kobiety – droczę się – już się obraziłaś.

– Sam mówisz, że wolisz jechać beze mnie.

– Nie. Tylko mówię, że często korzystam z promocji, czasem, jak jestem sam, jadę stopem. Wszystko w porządku.

– No, dobrze – mruczy nieprzekonana Renata.

Po wyjeździe z miasta autobus kieruje się na autostradę. Ten odcinek jest mało atrakcyjny: tereny lekko faliste z polami i zabudowaniami. Dopiero po zjeździe z autostrady na drogę krajową nr 44 koło miasta Teby zaczynają się wzniesienia. I to nie byle jakie! Wapienne skały wyrastają na sto, dwieście a potem pięćset metrów ponad teren. Czujemy się zupełnie jak w górach i tak sobie właśnie pomyślałem, że ciężko tu prowadzić było w starożytności wojny, kiedy nie było wygodnych dróg, a wiele osad w górach i miast było odciętych od świata w naturalny sposób. Strome zbocza porastają krzewy i niewielkie sosenki, z rzadka cyprysiki, a poniżej w dolinach dostrzegam liczne gaje oliwne i inne sady.

W Delfach jesteśmy koło godziny 12:30.

– Spróbujmy najpierw kupić bilety na jutro – mówię, gdy wysiadamy na kiepsko oznakowanym przystanku.

Niestety, nie widać w pobliżu budynku dworcowego. Zapytany o lokalizację mężczyzna stojący przy restauracji zaprasza nas do środka.

– Tu kupicie bilety – mówi i wyciąga terminal kasy fiskalnej.

Faktycznie, po chwili mamy dwa bilety do Kalambaki za 50 euro. Znów się krzywię, ta podróż będzie nas sporo kosztować.

Nasz hotel znajduje się zaledwie 10 minut drogi stąd przy spokojnej ulicy. Zresztą, jak się wydaje, wszystkie ulice są tu spokojne. Przed sezonem miejscowość wygląda na senną i prowincjonalną. Wstępujemy po drodze po chleb, ale tylko, by usłyszeć, że się już skończył, a piekarni w mieście nie ma. Dziwne.

– Kalimera! – witam się z hotelowym recepcjonistą zapatrzonym w komórkę – Mamy tu rezerwację na dziś.

Chłopak wygląda na niepozbieranego. Muszę mu wskazać swoje nazwisko na liście, pytam, czy chce mój paszport. Przez chwilę chłopak się namyśla, z ociąganiem sprawdza dokument.

– Pokój 34 – mówi i pokazuje drogę w dół.

– Mamy pokój w piwnicy – straszę Renatę.

Faktycznie schodzimy dwa piętra w dół, ale ponieważ hotel, podobnie jak inne przy tej ulicy, jest zbudowany na zboczu, to część pokoi znajduje się poniżej poziomu ulicy. Pokój jest niewielki i trochę przestarzały, ale ma klimę, telewizor i lodówkę, z której cieszymy się najbardziej.

– To co? Herbata? – pytam.

– Tak, napiję się.

Czekając na zagotowanie się wody, otwieram balkon, sprawdzając, jakież to piękne widoki przygotowano w hotelu dla nas.

Przede mną głęboka dolina bezimiennej, na wpół wyschniętej rzeczki spływającej do Zatoki Korynckiej w miejscowości Itea. Wapienny grzbiet górski po drugiej stronie doliny porośnięty jest makią, niżej ciągną się gaje oliwne. Na północnym zboczu doliny rozłożyły się współczesne Delfy. Gdy pół godziny później wychodzimy z domu, kierując się ku stanowisku archeologicznemu, znów doświadczamy ciszej i spokoju w miejscowości. Jest zdecydowanie przed sezonem.

Kupujemy bilety obejmujące wstęp do muzeum archeologicznego i zaczynamy zwiedzanie. Delfy, jak wiadomo, były głównym ośrodkiem Amfiktioni Delfickiej, związku 12 miast-państw. A elementem, który je połączył był kult Apollina i Demeter. W tym antycznym odpowiedniku Unii Europejskiej na małą skalę zasadniczo dbano o wspólny interes, a konflikty starano się rozwiązywać pokojowo. Tu, w Delfach, nie tylko powstało sanktuarium Ateny Pronaja i Apollina, ale również przechowywano skarby i wota z poszczególnych polis. I właśnie naszą wędrówkę po ruinach tego, co zostało z szóstego wieku przed naszą erą, zaczynamy od Świętej Drogi poprowadzonej zygzakiem w górę zbocza. To przy niej zlokalizowane są liczne skarbce, ołtarze wotywne i świątynie. Mijamy najpierw ołtarz wotywny Aten, Arkadii, Argos i Sparty, dalej znajdują się dwie eksedry Epigonów i króla Argosa. To niewielkie półkoliste struktury, w których kiedyś znajdowały się zapewne pomniki. Przechodzimy obok skarbców Sykiończyków, Eolów, Syfnijczyków, Megaryjczyków, Tebańczyków i Beotów. Cóż! Trzeba dużo wyobraźni, by na podstawie tych mizernych resztek fundamentów niewielkich budynków wyobrazić sobie te skarbce w postaci, w jakiej były zbudowane. Skarbce, rzecz jasna, są puste, pozbawione zawartości, która została stąd zrabowana już w starożytności. Neron chwalił się i wywiezieniem 500 pomników i innych skarbów. Dopiero późniejszy imperator Julian zabronił dalszego niszczenia sanktuarium i inwentaryzując swe dobra doliczył się kolejnych kilkuset pomników i objął Delfy nadzorem.

Doszliśmy do pierwszego zakrętu Świętej Drogi, zatrzymujemy się, by ogarnąć wzrokiem widoki. Poniżej nas ciągnie się opisywana wcześniej dolina, nad nami wyrasta wysoki i stromy wapienny grzbiet będący częścią większego masywu. To tam wysoko, w górach mieściła się siedziba Apollina, patrona sztuki. Dziś Parnas, bo o nim piszę, jest symbolem doskonałości osiąganej w sztuce, w szczególności w poezji. Idziemy dalej. Mijamy nieźle zachowany skarbiec Ateńczyków, skarbiec Potidai i przystajemy przy buleuterionie, w miejscu gdzie spotykała się rada mieszkańców..

Na niewielkim placu znajduje się spiralna kolumna wykonana z brązu. Jest ułamana w górnej części i pokryta zielonawą patyną. Nie przypominam sobie jej z poprzedniego trampingu. I faktycznie: jak się później zorientuję, została ona tu postawiona w 2015 roku. Jest to replika oryginalnej kolumny wywiezionej stąd do Konstantynopola przez cesarza Konstantyna Wielkiego w 324 r. n.e. Pierwotnie kolumna była zwieńczona złotą urną o średnicy dwóch metrów i podtrzymywaną przez trzy węże, które – wciąż splecione – tworzą trzon kolumny. Urna zaginęła podczas transportu, pracowników firmy kurierskiej zapewne stracono, ale urny nie odzyskano. Przez 1000 lat kolumna stała spokojnie na hipodromie w Stambule, później skradziono kolejno jedną, drugą i trzecią głowę węża, niszcząc kolumnę. Jedna wężowa głowa jest obecnie wystawiona w Muzeum Archeologicznym w Stambule, druga w… British Museum. Dlaczego mnie to nie dziwi?

Parę kroków dalej ustawiono kilka kolumn pod cyklopowym murem. To resztki ateńskiej stoy, zadaszonego portyku wspartego o wspomniany mur. Przechowywano tu ponoć łupy wojenne. Po drugiej stronie placu (hallos), na którym się znajdujemy widoczne są resztki Skarbca Koryntian, a dalej ruiny prytanejonu, czyli centrum administracyjnego przeznaczonego do obsługi mieszkańców. Prawdę mówiąc mam sceptyczny stosunek do tego, czy faktycznie wymieniane budynki pełniły przedstawione w przewodnikach i w internecie funkcje. Wciąż w pamięci mam słowa archeologa, którego spotkałem w Petrze, a który dość sceptycznie oceniał rzetelność wiedzy o tamtejszych strukturach. Oczywiście, z punktu widzenia turysty-laika, te wszystkie wątpliwości są bez znaczenia.

Przed nami ruiny najważniejszej świątyni w Delfach – świątyni Apolla. Widoczne są 50-centymetrowej wysokości podstawy ścian. Jest też sześć nierównej wysokości kolumn stanowiących chyba najczęściej fotografowany motyw w Delfach. To przy wejściu do tej świątyni odczytano aforyzmy „Poznaj samego siebie i „Nic ponad miarę". Zmienne były koleje losu tego przybytku Apollina. Po trzęsieniu ziemi w IV wieku p.n.e. świątynię odbudowano jako perypter z pronaosem. I gdy wydawało się, że najgorsze ma za sobą, pojawiło się chrześcijaństwo z cesarzem Teodozjuszem I, który zakazał wróżbiarstwa. A „grzeszną” świątynię wkrótce zniszczono. I jest dla mnie czymś bardzo trudnym do zrozumienia i zaakceptowania, że dzieła rąk ludzkich są niszczone bez opamiętania. I to nie tylko w "barbarzyńskich" czasach, lecz i współcześnie, gdy z polskiej przestrzeni publicznej są usuwane wiadome pomniki i pamiątki przeszłości.

A propos pomników: wzdłuż drogi, którą idziemy, ustawiono ongiś szereg pomników, między innymi stał tutaj Byk Kerkyrczyków i pomnik Kraterosa.

– Według internetu – zwracam się do Renaty – tam, w tylnej części świątyni, w adytonie znajdował się omfalos, pępek świata.

– ...i tutaj zasiadała Pytia.

– Biedne kobiety – stwierdzam, myśląc o wróżkach – nawąchały się w różnych świństw...

Wszystko wskazuje na to, że pytie wprowadzane były w trans przy pomocy toksycznych substancji zawartych w dymie ze spalanych ziół. Plotły trzy po trzy, a sprytni kapłani układali z tego wierszyki tłumaczące grekom obywatelom ich przyszłość.

Przed świątynią znajduje się niewielki schodkowaty murek, który nazwano ołtarzem Chians (dar od mieszkańców wyspy Chios). Czy taka była jego funkcja? Może tak, może nie, zapytać można delfickiej wieszczki.

Po przeciwnej stronie Świętej Drogi znajduje się "oczywisty" obiekt – teatr z amfiteatralnie ułożonymi miejscami dla widzów. Pochodzi z drugiego wieku przed naszą erą i z pewnością nie należy do największych tego tympu obiektów istniejących w starożytnym świecie. Mógł pomieścić 5000 osób.

Renata wysforowała się do przodu, ja przez dłuższą chwilę fotografuję różne drobne kwiatuszki przy drodze. Stopniowo wznosimy się coraz wyżej i dochodzimy ostatecznie do stadionu. To tu rozgrywano igrzyska pytyjskie, konkurencyjną imprezę w stosunku do igrzysk olimpijskich.

– Zdaje się że starożytni stawiali sport wyżej niż kulturę – śmieję się, mając na myśli usytuowanie stadionu powyżej teatru.

Stadion jest nieco młodszy niż świątynia Apolla i mierzy niemal 180 metrów.

– Te zawody trwały 6 dni – czytam z tablicy informacyjnej – były to biegi na różnych dystansach, zapasy, skoki rzuty dyskiem i oszczepem.

– …i rozgrywano tu również „zawody” w śpiewaniu hymnów – dopowiada Renata.

Chwilę spędzamy w cieniu pinii, rozkładając się na trawie. Wieje lekki wiaterek, cykady cykają. Jest dobrze.

– Powinniśmy teraz przejść do muzeum... – mówię i otrzepuję się z igliwia.

– Chodźmy.

Muzeum archeologiczne mieści się w budynku przy głównej drodze prowadzącej do Delf. Zgromadzone tu artefakty pochodzą częściowo z wykopalisk na terenie miejscowości, pozostałe są znaleziskami z regionu. Oglądamy zdekompletowane kariatydy podpierające niegdyś świątynie, jest tu podarowany przez mieszkańców Naksos wielki sfinks wieńczący 12-metrową kolumnę, są metopy i tryglify, m.in. metopa ze Skarbca Sykiończyków przedstawiająca Kastora i Polluksa i metopa ze statkiem Argonautów, także posągi kurosów (κοῦρος), czyli nagich młodzieńców z opuszczonymi rękoma i lekko wysuniętą lewą nogą, między innymi dwa ponadnaturalnej wielkości marmurowe posągi przedstawiające Kleobisa i Bitona. Bracia zasnęli snem wiecznym w kwiecie wieku, co było nagrodą od Hery za przysługę wyświadczoną przez nich matce. Byli przeto, zdaniem Solona, najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Warte przemyślenia.

– Popatrz na ich tajemniczy uśmiech („uśmiech archaiczny”) – zwracam się do Renaty. – Jest charakterystyczny dla tego typu posągów.

– Zrób mi zdjęcie z chłopakami!

Uwagę zwraca kuros wykonany z brązu. Sporo tu płaskorzeźb pochodzących z fryzów i innych partii świątyń i skarbców. Przedstawiają sceny wojenne, walki hoplitów, jeźdźców, rydwany i inne sceny z Gigantomachii. Są też różnego rodzaju różnego rodzaju scenki z życia codziennego. Uwagę naszą przyciąga skarb złoty znaleziony przy Świętej Drodze. To pozostałości trzech posągów chryzelefantynowych z VI w. p.n.e. przedstawiających najprawdopodobniej Apolla, jego siostrę Artemidę i ich matkę Leto. Czas zachował tylko złote elementy, pokrywające drewniane rzeźby. Jesteś tu również zdekompletowany srebrny byk. Bardzo podoba mi się rzeźba na akantowej głowicy kolumny: to trzy posągi tańczących młodych kobiet. Mają na sobie chitony (krótkie tuniki) a w dłoniach kalatosy (ceramiczne dzbany) i zwrócone są do siebie tyłem. Rzeźba jest pełna dynamiki i stała się inspiracją dla jednego z preludiów Clauda Debussy’ego.

– O! A co to za dziwo? – mówię do siebie, spoglądając na umieszczony pośrodku sali kamienny przedmiot. Ma około metra wysokości, jest zaokrąglony i pokryty reliefem przedstawiającym sznureczki muszelek lub nasion. Okazuje się że to wspomniany już „pępek świata” czyli omfalos. Kiedyś został podarowany Kronosowi przez matkę Zeusa, Reę, aby zjadł go w miejsce jej nowonarodzonego syna.

W kolejnych celach trafiamy na fryzy przedstawiające zmagania zawodników, a dalej naturalnej wielkości postać aurygi. Powożącemu czterokonny rydwan młodzieńcowi czas pozbawił jednej ręki, szczęśliwie reszta odlewu z brązu przetrwała. Rzeźba woźnicy umieszczona była na niezachowanym, niestety, rydwanie, przetrwały jedynie fragmenty nóg koni.

Powoli kończymy zwiedzanie. Jak zwykle mam uczucie powierzchowności tego zwiedzania. Takie uczucie towarzyszy mi także w galeriach i innych muzeach. Nie sposób w ciągu godziny czy dwóch przyswoić ogrom wiedzy zawartej w prezentowanych eksponatach. Ale już od dawna nastawiam się na zapamiętanie jednego czy dwóch obrazów lub też innych najciekawszych przedmiotów w danym muzeum.

Wracamy do domu. Przyglądamy się jeszcze sanktuarium Ateny Pronaja w Delfach. Jest położone poniżej drogi i widać je z góry jak na dłoni. Ze świątyni Ateny Pronaja oraz tak zwanej Nowej Świątyni Ateny została tylko kupa gruzu: równo ociosane bloki i fragmenty kolumn doryckich. Z tego "magazynu materiałów budowlanych" wyrastają w górę trzy połączone belką kolumny.

Zjadamy posiłek na tarasie naszego lokum i idziemy na wieczorny spacer. Jutro jedziemy do Kalambaki.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej