Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Warszawa – Kraków

sobota, 16 IV 2011


Złowroga gloria | Jest co wspominać | Ach, ci Gruzini :) | Trochę cen...


Warszawa wita nas chłodno. Mało zieleni i ledwie pąki na drzewach. A więc i w Polsce wiosna jeszcze nie rozkwitła w pełni... Mamy prawie dwie godziny przerwy w locie, wypijamy poranną kawę. Ostatni odcinek trampingu trwa zaledwie sześćdziesiąt minut. Zanim znów zanurkujemy w mleczną biel, dostrzegamy na chmurach sylwetkę samolotu otoczoną glorią .
– Widmo Brokenu zawsze przynosi pecha – mówię ponuro.
Aga milczy. Nie bez powodu, jak się za chwilę okaże.
W hali przylotów na Balicach na taśmociągu suną walizy i torby. Jest niebieski plecak Agi, mojego.... Brak! Wkrótce się wyjaśnia, że został w Warszawie.
– Wydawało mi się, że widziałam na Okęciu tylko jeden plecak – stwierdza Aga – Ale nie chciałam cię denerwować... Wypełniam druczki, bagaż odwiozą mi wieczorem do domu. W porządku, zdarza się.


Czas na podsumowanie! Był to udany wyjazd. Udało się nam w krótkim czasie odwiedzić największe gruzińskie atrakcje: zobaczyliśmy główne miasta: Tbilisi, Kutaisi, Batumi i Gori; zwiedziliśmy stare gruzińskie stolice: Mcchetę i Telawi, pospacerowaliśmy po uroczym Sighnaghi... Zawitaliśmy do kilku monastyrów – w Stepancmindzie, Alawerdi, Motsamecie, poznaliśmy trzy sławne skalne miasta: Wardzię, Upliscyche i Dawid Garedżę. Ale też byliśmy w górach i nad morzem... Spodobała mi się surowa architektura kościołów gruzińskich. Spodobała, ale nie zachwyciła – tak jak to miało miejsce w przypadku irańskich meczetów. Ale już wnętrza kościołów, malowidła, którymi pokryte były ściany w niektórych świątyniach – jak najbardziej były godne uwagi.
Bez dwóch zdań atutem Gruzji są góry. I choć nie było nam dane wspinać się na żaden wybitny szczyt, czy choćby iść szlakiem po dolinach Swanetii lub Tuszetii, to jednak liznęliśmy nieco Kaukazu, zbliżyliśmy się na wyciągnięcie ręki do mitycznych gór, odwiedzając kościół św. Trójcy (2170 m n.p.m), zobaczyliśmy najbardziej znany gruziński szczyt – Kazbek (5034 m n.p.m.). We wspomnieniach pozostanie mi emocjonująca przeprawa przez Przełęcz Krzyżową (2340 m n.p.m) i wspaniałe widoki ośnieżonych gór...

Zwykle podkreśla się, iż o atrakcyjności Gruzji stanowią jej mieszkańcy. Że są serdeczni, gościnni i mają dużo sympatii do Polaków. Tak też istotnie było. Nigdzie nie spotkaliśmy się z wrogością czy brakiem życzliwości. Taksówkarzy traktuję osobno – zaliczając do międzynarodowej mafii, oczywiście. Ich skłonności do naciągania nie wpływają na ocenę Gruzinów.

Korzystając z ich gościnności, popróbowaliśmy specjałów miejscowej kuchni: lobio, "gołąbków", słodkich ciast, wina domowego, czaczy. Rzecz jasna jedliśmy chaczapuri, chinkali, czurczcheli. Aga zachwycała się lawaszem, mi zasmakowały cienkie placuszki z owocowego musu.

Poznaliśmy nieco religijną stronę Gruzinów: ich żegnanie się na widok, choćby i odległego, kościoła, byliśmy świadkami chrztu, uczestniczyliśmy w mszy gruzińskiej słuchając śpiewnych modlitw...
Zabrakło mi może rozmów z przygodnie poznanymi osobami, ale zwykle tak jest, że gdy się jedzie w pojedynkę, to jest się bardziej rozchwytywanym...

Gruzja okazała się w miarę tanim krajem. Cena noclegu wyniosła 50 zł za pokój dwuosobowy, dzienne wydatki jedzeniowe to 25 zł/osobę. Najwięcej kosztowały nas przejazdy, zwłaszcza taksówki, wynajęte na trzy kilkugodzinne objazdy (w sumie 200 zł). Z taksówek mogliśmy teoretycznie nie korzystać, ale przy tak ograniczonym czasie i o tej porze roku (za mały ruch na autostop) nie było sensownej alternatywy. W sumie, przez osiem dni przejechaliśmy po kraju 1825 kilometrów. To dużo, zważywszy na stan dróg i pojazdów. Bardzo jestem ciekaw, jak wypadnie porównanie Gruzji z krajami sąsiednimi: Armenią i Azerbejdżanem. Mam nadzieję, że się wkrótce o tym przekonam...

Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej