Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Sighnaghi – (Tbilisi) – Kazbegi

sobota, 9 IV 2011


W drodze do Sighaghi | W średniowiecznym mieście | Postój na Didube przedłuża się | Na Drodze Wojennej | Gruzinki się o nas kłócą


Pierwszy nocleg w Gruzji za nami. Bojler z ciepłą wodą w końcu się nagrzał, myję się i schodzę na śniadanie. Gospodyni pichci na kuchni omletopodobne ciasto, daje mi spróbować. Później robi nam mocno aromatyzowaną i słodzoną kawę w dzbanuszku. Schodzi Aga, siadamy do stołu. Mamy lawasz, ser, powidła, placek z serem. Wszystkiego jest dużo, a my niespecjalnie lubimy opychać się o tej porze.
Żegnamy się z Gruzinką i idziemy na postój taksówek i busów koło bazaru. Faktycznie, zgodnie z tym, co mówiła nam wczoraj Gruzinka, nie ma o tej porze bezpośrednich marszrutek do Sighnaghi. Jest natomiast transport do Gurdżaani, odnajdujemy marszrutkę w bocznej uliczce. Jest 8:30, jedziemy.

Niby to tylko 34 kilometry, ale częste przystanki dla zabrania pasażerów sprawiają, że droga się dłuży. Przesiadamy się na marszrutkę do Lagodechi, jedziemy dalej. Niestety, szybko mijane drogowskazy tablice z nazwami miejscowości nie pozwalają na zorientowanie się, gdzie jesteśmy. Zajeżdżamy do Cnori, i tu kierowca przekazuje nas do kolejnej marszrutki, tym razem jadącej wprost do Sighnaghi. Muszę powiedzieć, że te wszystkie przesiadki odbywają się sprawnie, a Gruzini są bardzo pomocni. Oby tak dalej.

Zaczyna się długi, stromy podjazd do Sighnaghi. Widać już w górze średniowieczne mury otaczające miasto-twierdzę. Wjeżdżamy przez kamienną bramę, jednym spojrzeniem ogarniam miasto rozłożone na rozczłonkowanym wzgórzu i już wiem, że miejsce to będzie mi się podobać. Kojarzy mi się z takimi urbanistycznymi perełkami jak Carcassonne czy Paczków. A za sprawą czerwonych dachówek przypomina mi piękną Sighisoarę i Weronę. Miejscowy dziadek, "przewodnik z powołania" dopada nas, gdy wysiadamy z pojazdu. Proponuje nam noclegi, a dowiadując się, że jesteśmy tu tylko na chwilę, tłumaczy, kiedy odjeżdżają busy do Tbilisi. Zostawiamy plecaki w "lepszym" hotelu i idziemy w kierunku kościoła św. Jerzego. Brukowane uliczki, zadbane kamieniczki i domki z ładnie utrzymanymi ogródkami są zachwycające. Widać, że miasto postawiło na turystykę. XIX-wieczny kościół św. Jerzego wygląda na znacznie starszy. Zachodzimy go z lewej i z prawej... niestety zamknięty.
Idąc drogą schodzącą w stronę Vakiri dochodzimy do punktu widokowego. Doskonale stąd widać mury miejskie biegnące w oddali po stoku, opadające w dolinę i znów wznoszące się do góry. Co kilkaset metrów wieża obronna lub brama. Jest ich ponoć 26 – tyle przynajmniej wybudował Erekl II w XVIII wieku. Całość, jako żywo, przypomina mi chiński Wielki Mur. W tle mamy ośnieżone grzbiety gór strzegących dostępu do, izolowanej o tej porze roku, Tuszetii. Dochodzimy do jednej z 6 bram miejskich i wspinamy się na mur. Wracamy wąskim chodnikiem biegnącym po koronie muru aż do kościoła św. Jerzego. Później penetrujemy uliczki w północnych kwartałach miasta, zaglądamy do maleńkiego kościółka, właściwie kaplicy. Większość kamienic i domów w tej dzielnicy pochodzi z XVII–XIX wieku. Czasy świetności miasto ma już niby za sobą – to właśnie Erekl II sprowadził do miasta Ormian, znanych z umiejętności rzemieślniczych, artystycznych i – jakżeby inaczej – handlowych. Przypomina mi się w tym miejscu Esfahan, do którego król Abbas II także sprowadził Ormian w celu upiększenia miasta i ożywienia go jako centrum handlowego. Jeszcze rzut oka na ratusz z dumnie powiewającą gruzińską flagą, rzut oka na ruiny koło hotelu, w którym zostawiliśmy plecaki. Przyglądam się grze, jakiejś odmianie tryktraka (backgammona), w którą gra grupka mężczyzn na placu. Dochodzi 13:00, bierzemy więc bety i idziemy na marszrutkę. Bus już stoi, kupuję bilety (po 6 GEL) i widzę panikę w oczach Agi, gdy jej plecak zostaje na chwilę wypakowany z bagażnika przez jakiegoś mężczyznę. Spoko, trzeba zrobić miejsce na jakieś części zamienne, które dostarczymy do zepsutego busa na drodze do stolicy... Jedziemy początkowo powoli mijając kacheckie wioski. Dopiero dalej, w szerokiej dolinie Iori, przyspieszamy. Mijamy winnice, pola słonecznikowe, pastwiska... Gdzieś tam daleko, na południu majaczą niewysokie góry Ivris Zegani. To tam, przy granicy azerskiej, ukryte są monastyry Dawid Garedża. Cieszę się, że za kilka dni zobaczymy te gruzińskie skarby

W Tbilisi wysiadamy w pobliżu Isani. Są tu ponoć marszrutki na Didube, ale wybieramy metro – tak lepiej i szybciej. W kasie kupujemy kartę miejską za dwa lari i doładowujemy ją jednym lari, co wystarczy nam na dwa przejazdy. Na razie nie potrzebujemy więcej. Tbiliskie metro jest głębokie, długo zjeżdża się w dół; natomiast ostatnie, północne odcinki linii, są poprowadzone po powierzchni. Patrząc na Gruzinów upchanych w wagonie metra pomyślałem sobie: "Jakże smutno oni się ubierają!". Faktycznie, dziewięć na dziesięć osób nosi czarną lub ciemną odzież. Ależ to kontrastuje z ulicą hinduską!
Transferujemy się na dworzec z busami. Marszrutka do Kazbegów już stoi, ma pojechać za 15 minut. Wkrótce okaże się, że to wyjątkowo długi kwadrans... Jest to bowiem marszrutka z godziny 15:00. która nie ma kompletu pasażerów. Po pół godzinie przenosimy się wszyscy do innego busa, doładowujemy mnóstwo towarów: jakieś panele, mrożone udka kurczaka, wodę mineralną. Czas oczekiwania na komplet pasażerów wypełniamy sobie fotografując życie dworcowe. Jeden z pasażerów pyta nas, czy mamy nocleg w Kazbegach.
Niet? Ja pozwaniu k moim znakomym – rozmawia chwilę z kimś przez komórkę, potem podaje mi telefon.
Da, my dwoje turistow z Polszy... Skol'ko stoit u was komnata?
A zatem nocleg mamy załatwiony: 15 lari od osoby, kobieta podjedzie po nas samochodem.

O 16:30 ruszamy. Ostrzyłem sobie zęby na ten przejazd do Kazbegów. To słynna Droga Wojenna prowadząca przez najwyższe partie Kaukazu do Rosji. To tędy od starożytności wędrowały karawany kupieckie między Azją i Europą, to tędy szły wojska najeźdźców z Rzymu, Persji, Mongolii i w końcu z Rosji...
Na razie jedziemy szeroką drogą wylotową. Od czasu do czasu mignie wysoko na zboczach kościółek, pomnik lub jakieś ruiny. Po 30 minutach ruch na drodze maleje, jedziemy doliną rzeki Aragwi. Wkrótce pojawia się szara tafla Jeziora Żinwalskiego. Mijamy w pędzie zamek Anauri. Niestety tym razem nie będziemy zwiedzać tej XVII–wiecznej rezydencji książąt gruzińskich. Szosa wznosi się coraz wyżej, w oddali pojawia się wysoki ośnieżony szczyt.
Eto Kazbek, da? – pytam Gruzina. Ten kręci głową i śmieje się.
No pewno! Gór w tym kraju co niemiara, na Kazbeka będziemy musieli poczekać do jutra, to dopiero za Przełączą Krzyżową.
Z przodu jakieś zamieszanie, pasażerowie podają mi komórkę od kierowcy. Niby ktoś chce ze mną rozmawiać.
– Where do you stay in Kazbegi? – słyszę męski głos w słuchawce.
Tłumaczę, że nocleg mamy załatwiony już. Facet nie ustępuje, chce wiedzieć, u kogo się zatrzymamy. Pytam Agę, czy pamięta nazwisko właścicielki guest house'u.
– To wy mówicie po polsku?! – słyszę zdziwiony głos.
A pewnie! Od urodzenia! Okazuje się, że piątka Polaków siedzi pod Kazbekiem od kilku dni. Cieszę się, że się z nimi spotkam.

Kilometr po kilometrze drogi zmienia się sceneria. Pojawił się śnieg na polach, potem zaspy na poboczach. Czasem widzimy na zboczach samotną kapliczkę lub kościółek. Sporo tu też zniszczonych i opuszczonych pensjonatów i ośrodków wypoczynkowych. Na Przełęczy Krzyżowej (2380 m n.p.m.) zima w pełnej krasie. Droga przejezdna jest przez cały rok, o wielkości opadów śniegu świadczą metrowej wysokości ściany śnieżnego korytarza wyciętego tu przez spychacze. Słońce wkrótce opadnie za widnokręgiem, lecz jeszcze przez moment oświetla na pomarańczowo szczyty. W marszrutce robi się zimno, a za chwilę ciemno, bo oto wjeżdżamy do kilometrowego tunelu. Po kilku zakrętach kolejny tunel, a potem kolejny i kolejny... W końcu zjeżdżamy do doliny rzeki Terek. Tu śniegu jakby mniej, choć oczywiście wokół potężna góry. Do Kazbegów zostało jeszcze pół godziny.
Po lewej stronie towarzyszy nam potok, po paru kilometrach przekształca się w rwącą rzekę płynącą głębokim wąwozem. Za rzeką widzimy kilka wiosek zbudowanych na izolowanych tarasach, wysoko ponad kanionem. Nigdzie nie widać mostów ani dróg.
– Którędy ludzie się tam dostają? – zastanawia się Aga.

Zapadł już zmierzch. Na obrzeżach Kazbegów wyładowujemy towary i podjeżdżamy do centrum wsi. Na placu grupa hotelowych naganiaczy i rodziny pasażerów. Dziewczę anglojęzyczne woła do nas:
– Are you tourists from Poland?
Już, już chcę się pakować do jej dżipa, kiedy inna Gruzinka pyta:
Ja s wami goworiła po tieliefonie?
Hm, fakt. Okazuje się, że zaszło nieporozumienia – częściowo z mojej winy. Rozmawiając bowiem przez komórkę z chłopakiem z Polski podałem złe imię Gruzinki, u której mieliśmy nocować. W rezultacie obie "hotelarki" przybyły po nas. No, sorry... "Właściwa" Gruzinka, Nazi, zabiera nas do swej niwy i jedziemy na drugą stronę rzeki. Koniec podróżowania na dziś, uff! Oprowadza nas po parterowym domu, dostajemy dwuosobowy pokoik. W dużej sali z pięcioma czy sześcioma łóżkami nocuje – już od kilku tygodni – chłopak z
Francji i dziewczyna z Holandii. Polubili się jak można sądzić po pozycji, w jakiej ich zastaliśmy ;-) On pisze książkę o tym regionie, ona studiuje języki wschodnie w Tbilisi. Gruzinka zagrzewa wodę na kawę, jemy kolację. Jest miło. Rozmawiam potem jeszcze z trzecim gościem w guest house'ie – chłopakiem z USA. Również pisze książkę – o Gruzji widzianej oczami "naive American". Heh! Sami pisarze tutaj!

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej