Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25-26]
Tym razem nie utoniemy | Pistacjowe Wzgórza | Ach, te te oczy! | Znów nad morzem
Dziś płyniemy na Bohol i mam nadzieję, że te dni spędzone do końca na Filipinach będą naprawdę udane. Przed powrotem na Bliski Wschód czeka nas bowiem tutaj jeszcze parę atrakcji. Na razie udajemy się do portu, tym razem morskiego, i okrętujemy się na prom.
– Ciekawe co nam się bardziej spodoba: Czekoladowe Wzgórza czy rezerwat tarsjuszy?
– Dla mnie chyba ciekawsze będą tarsjusze – mówi Cecile.
Faktycznie będzie się dzisiaj działo! Na razie musimy przeprawić się na Bohol, centralnie położoną wyspą Archipelagu Filipińskiego. Nasz prom jest z gatunku tych wielkich i powolnych. No i kosztuje połowę mniej niż szybkie wodoloty. Przepływamy przez Kipot ng Cebu, cieśninę rozdzielającą Morze Camotes od Morza Bohol. To drugie jest bardziej znane jako Morze Mindanao. Zresztą, tych mórz pomiędzy wyspami Archipelagu Filipińskiego jest więcej: Morze Visyan znajduje się jeszcze bardziej na północ, a Morze Samar – nieco na wschód. A! Jest jeszcze to największe: morze Sulu, nad którym wczoraj lecieliśmy… Ok, tyle lekcji szkolnej geografii, ważniejsze jest chyba dzielenie mórz na te do nurkowania i resztę 😉.
Kilka najbliższych godzin spędzamy na pokładzie, wypatrując delfinów, a także pod pokładem odpoczywając w opustoszałym hangarze z leżankami. Pasażerów zmieściłoby się tu chyba kilka tysięcy, a płynie może kilkadziesiąt osób. To dobrze, bo gdyby nieoczekiwanie rozpętał się sztorm, dla wszystkich wystarczy szalup ratunkowych. Nieraz się przecież czyta o katastrofach przepełnionych promów w tej części Pacyfiku. Trzydzieści lat temu (1987) prom pasażerski MV Doña Paz płynąc do Manili zderzył się z tankowcem. Uratowało się tylko 24 pasażerów z 4386 na pokładzie…
Koło godziny 12:00 dopływamy do portu w Tubigon. Dopytujemy miejscowych, jak dojechać do Wzgórz Czekoladowych. Wygląda na to, że najpierw należy kierować się do miasta Carmen położonego w środkowej części wyspy. Mijamy wioski, przejeżdżamy przez rzeczki, towarzyszą nam lasy i plantacje bananowców i palm kokosowych. Czas na przesiadkę i skręcamy teraz na południe. Krajobraz stopniowo się zmienia i z równiny zaczynają wyrastać pagórki. Mają zadziwiająco symetryczny kształt kopców i pokryte są jedynie trawą i krzakami przez co wyróżniają się świeżą zielenią na tle ciemnej zieleni lasów.
Wysiadamy parę kilometrów za miasteczkiem. Tutaj turystów – zarówno białasów jak i miejscowych – jest sporo. Razem z nimi podążamy drogą na jedno z wyższych wzgórz, skąd roztacza się widok na całą okolicę. Wstęp na sam szczyt jest płatny, ale to tylko kilka pieniążków. A widoki – są fenomenalne! Jak okiem sięgnąć, aż po horyzont, widać kopce. Niektóre izolowane, inne wyrosły w grupach. Większość pozbawiona jest wysokiej roślinności, są niemal w kolorze seledynowym. Na dwóch kopcach doszło do pożaru roślinności stoki są teraz brązowe.
– No, dobrze, a dlaczego Czekoladowe? – pytam Cecile.
– Chodzi ci o pochodzenie nazwy?
– No tak, przecież one są jasnozielone. Zrozumiałbym nazwę Wzgórza Pistacjowe.
– Czytałam, że w porze suchej trawa na nich jest wysuszona...
– Ale wysuszone trawy nie są ciemnobrązowe. A czekolada, przynajmniej ta polska, jest... czekoladowa!
– Sama już nie wiem. W każdym razie podoba mi się tu.
Mnie też, ale nazwa jest jakaś podejrzana. Nawet, jeśli turyści amerykańscy tu przyjeżdżali w porze suchej to nie mogli nadać, to nie mogły się te kopczyki im kojarzyć z ani z czekoladą, ani z czekoladowym kolorem.* /
Bardzo się cieszę ze spotkania z tymi zabawnymi zwierzątkami. Większość ludzi, zapytana, odpowie, że lubi zwierzęta, że interesują się ich życiem i w ogóle chcieliby je poznawać. Pamiętam z dzieciństwa programy "Z kamerą wśród zwierząt", barwne opowieści Gucwińskich. Będąc wówczas nastolatkiem, nie przypuszczałem i nie mogłem przypuszczać, że będę miał okazję zobaczyć niektóre z nich na własne oczy. I chociaż podglądanie życia zwierząt nie jest moją główną motywacją podczas wyjazdów, to jestem zawsze bardzo zadowolony, gdy w sposób mniej lub bardziej przypadkowy trafia się okazja do stanięcia oko w oko z jakimś zwierzęciem. Czasem jest to safari, gdy generalnie człowiek wie, czego może się spodziewać; czasem te spotkania mają charakter tak bardzo przypadkowe, niespodziewany. Z wielką przyjemnością wspominam spotkanie z nandu w Boliwii i z jakami w Kirgistanie, a także te wszystkie obserwacje przepięknych ptaków.
[Przejazd na nocleg] Wieczorem. Muszę powiedzieć że dziś był bardzo udany dzień. Przejazd promem, potem Czekoladowe Wzgórza i rezerwat tarsjuszy, a na koniec plaża i morze. A jutro zapowiada się równie atrakcyjnie. Płyniemy na wyspy! Będzie to island hopping, pływanie między małymi "rajskimi" wysepkami u wybrzeża Bohol.
________________________________________
*/ Po powrocie wyjaśniłem sobie te toponomastyczne kwestie. Otóż, najstarsze określenie „Czekoladowe Wzgórza” pojawiło się około 1906 roku we wspomnieniach Absolwentów Kolegium Lekarzy i Chirurgów w Baltimore. Mianowicie, Amerykańskiemu żołnierzowi stacjonującemu na Filipinach kopce skojarzyły się z czekoladowymi dropsami nakładanymi na ciasta, które zapamiętał z dzieciństwa. Tak więc nazwa wzięła się nie od koloru, lecz kształtu, formy wzgórz. Później, podczas walk z wojskami japońskimi, armia amerykańska używała w meldunkach określenia Chocolite Drops lub Chocolate Drops Hills. Skrócona nazwa Czekoladowe Wzgórza się jeszcze później, około 1960 roku.