Poranek w monastyrze | Skarby Ławry Peczerskiej | | | |
O godzinie 5:30 docieram na przedmieścia Kijowa. Słoneczny poranek, na ulicach pusto. Nieliczni przychodnie spieszą do pracy.
– Zdrawstujtie! – zwracam się do Ukrainki – Mnie nada dobrat’sia w centr…
– A wot! Tam stancja metro! – kobieta wskazuje budynek z literą M, znajdujący się kilkaset metrów dalej.
Na Ukrainie będę rozmawiać z ludźmi po rosyjsku. Wiem, że nie wszystkim to pasuje, a młodzi wolą być może po angielsku. Zwłaszcza dotyczy to zachodniej Ukrainy. Nie chcę jednak stresować Ukraińców swoim angielskim…
Podjeżdżam metrem kilka przystanków i wysiadam na stacji Peczerska. Chcę zobaczyć Ławrę Peczerską, sławny sobór, którego nie udało się mi odwiedzić, gdy jechałem do Chin w 2005 roku. Ze stacji do ławry jest półtora kilometra. Być może mógłbym podjechać do bliżej jakimś autobusem, ale zanim bym go znalazł, zdążę przejść ten odcinek na piechotę.
Przy ulicy Citadelnej znajduje się monaster. Już z daleka dostrzegłem białą bryłę cerkwi z zielonymi kopułami. Brama jest otwarta, wchodzę. To Ставропігійський монастир Святого Феодосія, czyli Klasztor Męski pw. św. Teodozjusza. Świątynia jest również otwarta, wewnątrz jest pusto, jedynie przed ikonostasem stoi pop i modli się w skupieniu. Ja tymczasem rozglądam się po cerkwi. Jak często się to zdarza na Ukrainie i w Rosji, ściany i sufit świątyni wymalowane są postaciami świętych i scenami biblijnymi. Raczej nie są to freski, lecz zwykłe malowidła. Interesująca jest wolnostojąca obok dzwonnica. Ma cztery piętra z kilkudziesięcioma kolumnami podpierającymi wyższe kondygnacja. W sąsiadujących z cerkwią zabudowaniach klasztornych żyje ponoć ośmiu zakonników.
Kilkaset metrów dalej znajduje się Ławra Peczerska. Jest otoczona wysokim murem, przy wejściu do biura widzę informację o godzinach otwarcia. Jest tu również i cennik, z którym zapoznaję się jedynie z ciekawości. Uznaję, że dotyczy on turystów, a o tej porze turystów tu nie ma. Przechodzę przez bramę wjazdową, nikt mnie nie zatrzymuje. W zasięgu wzroku żywego ducha, zanim ktoś mnie stąd wyrzuci, ruszam od razu do cerkwi położonej w głębi kompleksu. Wchodzę przez główną bramę, wewnątrz również pustki, mam całą świątynię dla siebie.
Powiedzieć, że cerkiew jest wspaniała to mało. O ile ikonostasy w różnych cerkwiach mają jeden, maksymalnie dwa rzędy obrazów, tutaj są ich cztery poziomy, a ikonostas sięgający sklepienia wygląda naprawdę imponująco. Po lewej stronie wrót obraz z Jezusem Chrystusem, po prawej – św. Maria z Dzieciątkiem. Wszystko lśni złotem, a światło porannego słońca wydobywa z zakamarków wszystkie te złocenia. Jeszcze piękniej cerkiew musi wyglądać, gdy zaświecą się wielkie złocone kandelabry, a woń kadzideł zmiesza się z zapachem setek zapalonych świeczek przed obrazami świętych. Po obu stronach w bocznych nawach znajdują się malowidła ze scenami biblijnymi i postaciami władców ukraińskich. Obchodzę wokół nawę, szybko fotografuję najciekawsze miejsca i wychodzę na zewnątrz.