Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32]


Khajuraho – (Satna) – Varanasi

niedziela, 12 III 2007


Czyżby konkurs architektoniczny? ;-) | Kilka słów o strukturze świątyń | Po co się tu jeździ? ;-) | Mithuny i apsary | "Ja jestem zdolny facet!" | Majaczenia Pascala | Boskie atrybuty | Panie i panowie, stosunkowo... | I jeszcze trochę świątyń | Lingam w świątyni Matangeshvara | Wiejskie "high schools" | W dżinijskiej świątyni | Sceny domowe sprzed wieków... | W ścisku i w upale przez Madhja Pradesh | Atakujemy sleepera


Khajuraho: świątynie Lakszmi, Warahy i Lakszmany

O 6:30 idę na dworzec. Bezpośredniego autobusu do Varanasi akurat w niedzielę nie ma, pojedziemy najpierw do Satny o 13:00.

Czas na danie główne – sławne świątynie. W kasie pozbywamy się 10 dolarów (taniej jest płacić dolarami; numery banknotów są spisywane łącznie z numerem paszportu i adresem) i wkraczamy na teren obiektu z listy Światowego Dziedzictwa Kultury. Już na pierwszy rzut oka widać, że będzie to prawdziwa estetyczna uczta. Świątynie porozrzucane są na niewielkim obszarze między alejkami i wypielęgnowanymi trawnikami. Zbudowane zostały tysiąc lat temu w przeciągu ledwie stu lat. Zagadką pozostaje, skąd takie nagromadzenie świątyń w tym odludnym i ongiś miejscu. Moim zdaniem był to konkurs architektoniczny urządzony przez któregoś z władców z dynastii Ćandellów. Konkurs, dodajmy, nieuczciwie przeprowadzony, jako że elementy dekoracyjne są często podobne. Tajemnicą pewnie pozostanie, kto zwyciężył w tym konkursie i jaka była nagroda ;-) Khajuraho: świątynia Lakszmi

Zwiedzanie zaczynamy od dwóch małych świątyń Lakszmi i Warahy. Pierwsza, zwieńczona stożkowatą sikharą ma niewielkie pomieszczenie z pomnikiem bogini. Druga natomiast, pod dachem podpartym czternastoma kolumnami skrywa 1100-letniego dzika będącym bez wątpienia trzecią inkarnacją Wisznu. Dzik jest olbrzymi, prawie całkowicie wypełnia świątynię i pokryty setkami siedzących "po turecku" postaci.

Trzecia świątynia Lakszmany poświęcona jest również Wisznu. Liczy sobie 1060 lat, jest więc jedną z najstarszych tu świątyń. Wprost trudno uwierzyć, że przez tyle lat ominęły ją (i inne obiekty w Khajuraho) zawieruchy wojenne, podboje, waśnie religijne, czy choćby naturalne kataklizmy. Zbudowana jest, podobnie jak pozostałe obiekty na podwyższeniu zwanym adhishsthana, wyróżnia ją obecność czterech świątyniek w narożach platformy. Khajuraho: świątynia Warahy

Na przykładzie przybytku Lakszmany można zapoznać się z typową budową świątyń z tamtego okresu. Wstępując do świątyni (boso, to oczywiste!) najpierw znajdziemy się w ardhamandapie, otwartym przedsionku wspartym na kolumnach. By dojść do głównego pomieszczenia, mahamandapy, w którym gromadzą się hindusi podczas modłów, musimy przejść przez krótką mandapę, kruchtę. Główne pomieszczenie wsparte jest zwykle na kolumnach i oświetlone światłem wpadającym przez niewielkie okienka. Dalej znajduje się antarala, to ona oddziela sacrum od profanum. Sercem świątyni jest naturalnie garbhagrha, sanktuarium, z którym zapoznaliśmy się uprzednio w Jaisalmerze. I podobnie jak tam, dookoła sanktuarium prowadzi wąski korytarz zwany pradakhina. To odpowiednik ambitu znanego nam, Europejczykom z gotyckich katedr, choćby Notre Dame w Paryżu. Istnienie każdego z tych pomieszczeń zaakcentowane jest na zewnątrz oddzielną wieżą. Sikhara znajdująca się powyżej sanctum sanctorum może mieć różny kształt, tu jest strzelistą wieża ozdobioną antralą (karbowanym pierścieniem na szczycie) i kalashą (zwieńczeniem). Zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz budowla zachwyca rzeźbami pokrywającymi prawie każdą wolną powierzchnię. Od razu powiem, że jest ich znacznie więcej, niż w dżinistycznych świątyniach ze "złotego miasta", którymi się zachwycałem przed tygodniem. Rzeźby umieszczone są na fryzach obiegających wokół świątynię na kilku poziomach. Wśród rzeźb dominują postacie ludzkie, chociaż zdarzają się przedstawienia słoni, byków, śarduli, czyli mitycznych potworów. Są również postacie bogów (np. Wisznu z głową dzika trzymający świat na lewym ramieniu lub Śiwa z dzbankiem na wodę), bogiń (np. Lakszmi wpatrzona w swego męża), sporo jest zwykłych ludzi (często odtwarzających boskie pozy aczkolwiek bez boskich atrybutów). Są też apsary, zmysłowe nimfy. Khajuraho: świątynia Lakszmany

Sławę Khajuraho przyniosły jednak sceny erotyczne: splecione w miłosnych pozach pary zwane mithuna. Określenie "pary" może być nieco mylące dla bardziej tradycyjnego czytelnika, jako że często spotykane są sceny zbiorowe z różnymi stosunkami, pardon, proporcjami pań do panów. Tych scenek jest w zasadzie niewiele, stanowią może dziesiątą część ogólnej liczby rzeźb. Oczywiście nie wszystkim te obrazki musiały się podobać, wielu panów ma poutrącane kamienne penisy.

Obecność erotyki pokazanej tak explicite może bulwersować Europejczyka. Nie zapominajmy, że są to jednak Indie, Orient! Ale przyznać należy, że wciąż są kontrowersje związane z (prze)znaczeniem tych rzeźb. Sceny te, być może ilustrują tantryczne praktyki (o tyle śmiała hipoteza, że tantra była zawsze sekretną nauką), a być może przedstawiają barat (małżeński ceremoniał) Śiwy i Parwati. Tak czy owak sceny te są bardzo realistyczne, pokazują seksualność jako ważny składnik życia. Całkiem przyjemny składnik, z którego niektórzy tak łatwo rezygnują ;-) Khajuraho: świątynia Lakszmany

Jesteśmy zatem w świątyni Lakszmany. Samozwańczy przewodnik zaczyna nam opowiadać o tym, co i tak widzimy. Ma jednak tę przewagę, że jest posiadaczem małej latarki, może więc wyłowić z ciemnego korytarza pradakhina bardziej smakowite kąski. Rzeźby pokrywające ściany są tu wykonane z innego kamienia, niż tamte – na zewnątrz. Powierzchnia rzeźb jest wygładzona, jakby wyślizgana dotknięciami tysięcy dłoni, lśni ciemniejszym odblaskiem. Właściwie to tylko niektóre fragmenty są przyciemnione, zwłaszcza krągłe piersi kobiet. Warto zwrócić uwagę na postać kobiety karmiącej dziecko oraz kucnąć przy południowym fryzie garbhagrhy – tu dostrzeżemy miniaturowego jeźdźca cwałującego na sarduli, mitycznym potworze oraz grupową scenkę erotyczną. Natomiast na północnej stronie garbhagrhy spotkamy krokodyla szczerzącego zęby. Przy ołtarzu i w mahamandapie, znajduje się kilka dużych rzeźb, lecz są znacznie uszkodzone. Jeśli jednak dobrze przyjrzeć się kapitelom kolumn, to zobaczymy głowę Garudy zwielokrotnioną symetrią. Jeździec Wisznu uśmiecha się niczym cherubinek... Khajuraho: świątynia Kandariya Mahadeva

Idziemy teraz w stronę trzech świątyń usytuowanych na wspólnej platformie (wyczytałem w sieci, że świątynie w Khajuraho otaczała kiedyś woda – stąd te platformy, IMHO, jakiś nonsens!). Najwspanialsza jest mierząca 31 metrów wysokości świątynia Kandariya Mahadeva. Komu jest poświęcona – łatwo się zorientować zaglądając do sanktuarium, gdzie znajduje się lingam. Na zewnętrznych ścianach – bezmiar rzeźb. Znalazł się jednak ktoś, kto w wolnej chwili policzył te postacie – jest ich... 642! Północna część świątyni jest remontowana, rusztowania nieco psują zdjęcia. Obchodzimy ją kilkukrotnie zadzierając wysoko głowy. Ileż tu było pracy, ileż pomysłowości! Oto grupa apsar, każda z nimf jest w nieco innej pozie, inne ułożenie rąk, inna fryzura, inny uśmiech... Co kilka metrów spotykamy mityczne potwory, są one jakby przerywnikiem w ciągu ludzkich postaci. Wzrok mój w naturalny sposób kieruje się ku centralnie położonym dużym scenkom erotycznym. Najczęściej spotykaną liczbą osób wspólnie spędzających czas jest cztery. Zmienia się tylko proporcja płci. Pracowicie zapełniam dwugigabajtową kartę flash mojego aparatu. Ponad czterema pasami płaskorzeźb wznosi się sikhara. Niezwykła sikhara, należy dodać – kształt głównej wieży został powtórzony w zminiaturyzowanej formie 81 razy, sikhara jest dosłownie oblepiona mniejszymi replikami. Khajuraho: świątynia Kandariya Mahadeva

Zerkamy jeszcze na dwie z czterech zachowanych świątyniek wybudowanych na placyku wokół Kandariya Temple i ruszamy ku następnej malutkiej świątyni Mahadewy. Wewnątrz – pusty ołtarz. Być może rzeźba bóstwa została wzięta do konserwacji. Właściwie nie ma czego tu oglądać, ale... chwileczkę! W narożniku pomieszczenia, tam gdzie ściany z potężnych bloków łączą się ze sklepieniem – wisi niewielka kobieca postać. Rzeźba jest umieszczona w tak absurdalnej pozycji, iż mam wrażenie, że to jakiś żart artysty. Na zewnątrz, przed świątynią rzeźba lwa z klęczącą przed nim dziewczyną. Domyślam się, że z tymi postaciami związana jest jakaś opowieść, może jakiś mit. Jeśli rzeczywiście rzeźba pochodzi z tego samego okresu, co otaczające nas budowle – to jest to dla mnie rzeźba niezwykła. Nie jest to przecież wyobrażenie boga ani jego inkarnacji, nie było to miejsce składania darów. To tak, jakby architekt, czy artysta budujący swą małą świątyńkę chciał powiedzieć: "Przepraszam, że moje dzieło jest tak skromne, inwestor poskąpił kasy na świątynię. Ale w wolnej chwili wykułem ten posąg, by wam pokazać, że jestem zdolny facet!" Khajuraho: świątynia Kandariya Mahadewa

Kolejna świątynia to Devi Jagadamba Temple poświęcona znów Wisznu. Pascal majaczy coś o wnętrzu, niby rzeźba w ołtarzu została podmieniona czy przemalowana, przedstawia nie tą boginię, co trzeba. Prawdę mówiąc mało mnie to obchodzi. Grunt, że w garbhagrha stoi posąg czarnej bogini. Świątynia jest nieco starsza od sąsiednich, ma transept, na którego końcach wybudowano dwie werandy. Ściany świątyni oblepione są postaciami. Trzy wielkie fryzy z rzeźbami biegną wokół świątyni a Pascal pisze, że cechuje ją "skromniejsza architektura" od poprzednich i ma plan złożony "tylko z trzech naw" Tak jakby transepty w Khajuraho były powszechne a świątynie pięcionawowe. Ech!
Najniższy fryz zajęty jest głównie przez postacie bogów, spotykamy tu głównie Wisznu, także z głową dzika. Na wyższych fryzach znów odnajdujemy mithuny, które – pogrążone w tantrycznym uścisku – nic sobie nie robią z naszej obecności... Są i apsary tak cieszące oczy swymi ponętnymi pozami. Niżej, na wysokości oczu, na wąskim, 15-centymetrowym fryzie umieszczono ciąg lwich głów. W tylnej części świątyni, skryte jeszcze w cieniu poranka znajdują się dwa posągi Yamraja, boga śmierci dzierżącego swą czaszkę i kości. Nieco wyżej stoi piękna nimfa atakowana przez niecnego skorpiona wyraźnie zmierzającego do jej ciepłego wnętrza ;-)
Khajuraho: rzeźba przed świątynia Mahadewy

W odległości kilkudziesięciu metrów znajduje się kolejna świątynia Ćitragupta. Lecz zanim do niej dojdziemy, przystajemy na chwilę, by pozachwycać się tym przepięknym otoczeniem. Ileż tu kwitnących drzew i krzewów! Krzewy o bordowych liściach*/, drzewa obsypane fioletowymi kwiatami. Jakże niezwykłe są te pozbawione jeszcze liści drzewa z kwitnącymi olbrzymimi białymi kwiatami**/!
Chitragupta Temple jest jedyną świątynią w Khajuraho dedykowaną Surji. Jak przystało na boga Słońca, został on ponoć przedstawiony na rydwanie zaprzężonym w siedem koni. Piszę "ponoć", gdyż jakoś nie mogłem dostrzec tej rzeźby. Ta uwaga o rydwanie jest powtarzana w różnych przewodnikach i stronach internetowych, jednak dziwnym trafem nie znalazłem nigdzie zdjęcia tego rydwanu. Podejrzewam więc, że jeden autor ściągał od drugiego uznając, że wizyta w świątyni nie jest koniecznością... Inna rzecz, że nazwa świątyni też jest podejrzana. Ćitragupta jest bowiem hinduskim bogiem, sędzią sprawiedliwym decydującym o losie człowieczym, nie ma nic wspólnego z ogniem. Skąd więc ten Surja? Hm... "ćitragupta" w sanskrycie znaczy "bogaty w sekrety"... No, dobrze, zostawmy te hinduskie tajemnice, spójrzmy na to, co piękne!
Khajuraho: Śiwa, świątynia Jagadamba
Przede mną czteroręki bóg. W jednej dłoni trzyma bęben, w drugiej coś, co przypomina pałę, w trzeciej – ptaszka, a w czwartej hm... to chyba ślimak? Nie, to muszla, z której wyłonił się świat A zatem to Śiwa! Ciężko czasem zidentyfikować boskie atrybuty. Śiwa powinien trzymać dysk, przy odrobinie dobrej woli uznam, że ten bęben jest dyskiem a ptaszek – czteropłatkowym kwiatem lotosu! A jeszcze szersze pole mamy, gdy przejdziemy do interpretacji tych atrybutów. W każdym razie tutaj "pałę" należy potraktować jak najbardziej dosłownie. U stóp postaci jakiś mały zwierzak. Czy to dzik przyczłapał, czy jakiś kret, nie wiem, trudno. Trzeba by znać całą mitologię hinduską, by bezbłędnie rozpoznawać wszystkie postacie bogów, półbogów i bohaterów podług ich atrybutów. Ale powiedzmy sobie szczerze – ilu katolików potrafi przypisać atrybuty do wszystkich 12 apostołów? Jesteśmy współczesnymi analfabetami religijnymi!
Patrzę na kolejną mithunę. Ona zarzuciła mu nogę na biodro, wpatruje się w swego kochanka z uwielbieniem i oddaniem. Takie proste te pozy, a ileż tu życia! Na sąsiednim panelu mityczny śardula w towarzystwie pięknej dziewczyny. Obok znów czteroręki bóg, ten sam, którego widziałem przed chwilą. Ślimaka przełożył z lewej do prawej ręki, pewnie się zmęczył. I znów śardula, tym razem scena jest straszliwa, potwór pozera dziecko, kobieta klęczy u jego stóp. Na innym panelu też śardula, lecz teraz dziecko ciągnie smoka za język. Zastanawiam się, w jakiej kolejności oglądać te obrazki... Khajuraho: świątynia Jagadamba

I znów scena erotyczna, pani rozmawia z panem, ale jej ręka nie jest bezczynna... A teraz para boskich małżonków. Postacie są właściwie nagie, tylko w sznurkowych przepaskach biodrowych, ze zwisającym między nogami zabawnym frędzlem. Na szyjach i on i ona mają zawieszone naszyjniki z pereł, są objęci, wpatrują się w siebie. Heh! Im więcej się człowiek przygląda tym postaciom, tym mniej widzi w nich seksu a więcej miłości.
Pani wyjmuje kolec, który utkwił jej w stopie, inna śliczna hinduska wdzięcznie się przeciąga. I to właśnie jest piękne w tych rzeźbach – że przedstawiono zwyczajne scenki z życia... Na następnym panelu siedzi para bogów. On się uśmiecha (swoją drogą, dlaczego chrześcijański bóg jest taki poważny?), jego długa "asyryjska" broda przypomina mi postacie z płaskorzeźb w
Persepolis.
W niższej części świątyni biegnie wąski pas fryzu. Postacie są przedstawione bez szczegółów, może ćwiczył tu swe umiejętności uczeń artysty? Ale i tak jest na co popatrzeć, to sceny z życia codziennego. Tu wojownicy prowadzą grupę słoni, tu kobieta niesie dzban z wodą, tu jakaś para się kocha, tam znów modelka pozuje artyście... A tu już czysty seks: pani po clintonowsku zajmuje się panem, inny pan zajmuje się nią z drugiej strony, długa kolejka chętnych panów stoi za nim... Khajuraho: grupa świątyń
I znów wzrok przenoszę do góry, widzę dużą rzeźbę przedstawiającą Wisznu z głową konia, wolną przestrzeń panelu pokrywają znacznie mniejsze postacie przedstawione zgodnie ze staroegipską zasadą perspektywy hieratycznej. Kilka metrów dalej piękna pani ćwiczy jogę, wygięła ręce do tyłu, wypięła swój krągły biust... Nota bene, niektórzy widzą w tej rzeźbie postać kobiety, która dopiero co wyszła z kąpieli i teraz wyciera swe plecy...
Bóg z charakterystycznie podciągniętą nogą w pozycji lalitasana trzyma dziwny przedmiot. Co to może być...? Obok – wpatrzona w niego małżonka.
W ciemnym wnętrzu świątyni – ołtarz, a na nim jeszcze ciemniejszy posąg bogini. Po prawej i lewej stronie sanktuarium postacie mężczyzn wiernie przedstawionych z dużą ilością detali: sznury pereł na szyi, złożone dłonie do modlitwy. Czuć spokój emanujący z tych postaci...

Dochodzimy teraz do prostej w kształcie świątyni Parvati. Skromniutka sikhara ozdobiona jest amalaką, żłobkowanym torusem. Przewodnik mówi, że tu nie chodzi o Parvati, lecz o Wisznu, a może nie o Wisznua, ale o Gangi, boginię-rzekę. Chciałbym sam wyrobić sobie zdanie, kto tam w środku siedzi, jednak drzwi świątyni są zamknięte. Trudno, jeszcze jedna tajemnica Indii zostanie nierozstrzygnięta ;-) Khajuraho: świątynia Visvanatha

Stąd już dwa kroki do ustawionych na wspólnej platformie świątyń. Mijamy dwa słonie pilnujące schodów i oto przed nami Visvanatha Temple. Ten 1000-letni przybytek Śiwy jest olbrzymi, architekt mógł obie pozwolić na dobudowanie wokół sikhary dodatkowych wieżyczek zwanych urushringa. Sama sikhara pokryta jest geometrycznymi wzorami i robi na mnie duże wrażenie.
Na zewnętrznych ścianach jak zwykle dużo erotycznych scen grupowych. Znów uwieczniam aparatem te rzeźby: pani pochylona, dwóch panów atakuje ją z dwóch stron, druga kobieta stojąca z tyłu zasłania oczy. Na panelu poniżej – trzy panie obsiadły niewinną ofiarę, męczą ją strasznie. A tu znów dwoje kochanków splecionych w miłosnych uścisku... Jak dobrze, że nie ma tu Ojca Dyrektora...
Naprzeciw znajduje się Świątynia Nandi. Wewnątrz – wielkie bydlę. Byk to oczywiście inkarnacja Śiwy. Jest brązowy, opasany wzorzystymi wstęgami. Uff, to ostatnia świątynia na ogrodzonym terenie.

Przystajemy teraz przy zielonym żywopłocie. Alejka pokryta jest tysiącami czerwono-pomarańczowych kwiatów opadłych z bezlistnego drzewa***/. Kwiaty są olbrzymie, może o średnicy 7-8 centymetrów. Przed nami równo przystrzyżone zielone trawniki, kolorowe krzewy i niesamowite świątynie. Biorę pomarańczowy kwiat do ręki i staram się zapamiętać tę piękną scenerię. Indie...! Khajuraho: świątynia Lakszmany

Opuszczamy ogrodzony teren i wstępujemy do stojącej tuż za płotem dużej świątyni Matangeshvara. To na nią z zaciekawieniem wcześniej zerkaliśmy. Jest ona o tyle inna, że urzędują w niej kapłani, przychodzą tu hindusi, to po prostu żyjąca świątynia, nie jakiś tam obiekt turystyczny. Do siedziby boga Śiwy można się dostać pokonując dwadzieścia parę wysokich stopni. Świątynia jest skromnie ozdobiona na zewnątrz, za to w środku zobaczymy gigantyczny 2.5-metrowy lingam. Okrążając go trudno się początkowo zorientować, że stąpamy po "żeńskiej" części lingamu o średnicy trzech metrów! Są tu i wspomniani kapłani. Jeden z nich z pudełkiem na datki przycupnął pod słupem i czeka. No... niech czeka! Wychodzimy przez boczne drzwi i oto, na wyciągnięcie ręki, mamy przed sobą rzeźby pokrywające górną część świątyni Lakszmany. Teraz dopiero możemy się im przyjrzeć bez zadzierania głowy, zrobić niezakłócone żabią perspektywą zdjęcia.

Przy okazji odkrywamy przeoczony wcześniej fryz ciągnący się wokół platformy (adhishsthany), na której posadowiono świątynię. Fryz szczególny, bo zawierający sławne scenki erotyczne. Podstawowe układy – panowie na górze z paniami na dole oraz panie na górze z panami pod nimi – są ledwie wstępem do bardziej zaawansowanych technik. Znajdzie się tu oczywiście i seks oralny i ulubiona przez niektórych liczba 69. Warto zwrócić uwagę na ekwilibrystyczne dokonania pary, w której pani stoi na rękach oraz zoofilską scenkę z udziałem klaczy. Ta ostatnia najwyraźniej nie podoba się pani stojącej za zwierzęciem, gdyż zasłania oczy. Ale, jeśli się dobrze przyjrzeć – troszkę jednak zerka ;-) Obok stoi drugi, wyjątkowo obdarzony przez naturę, lubieżnik, chyba zasmucony, gdyż klacz najwyraźniej nie ma ochoty na seks oralny. Kto nie lubi erotyki, lub chce od niej odsapnąć może postać przed panelem przedstawiających zwykłe muzykowanie z udziałem bębniarzy i perkusistów lub karawanę wielbłądów. Khajuraho: wioska

O 10.00 koniec zwiedzania zachodniej grupy świątyń. Owszem, można by się tu włóczyć, najlepiej z przewodnikiem, który opowiadałby ciekawostki o każdej rzeźbie. Ale przecież i tak bym tego wszystkiego nie zapamiętał, przecież te rzeźby są tak podobne do siebie. Całość jest bez wątpienia imponująca, lecz mam wrażenie, że jakość przeszła tu w ilość, Postacie, motywy powtarzają się często w różnych świątyniach, wydaje się, że artyści kopiowali swych poprzedników. Aha, jeszcze jedno. Przy oglądaniu tej grupy świątyń warto odłożyć na bok przewodnik Pascala. Rzadko się zdarza takie nagromadzenie błędów i przeinaczeń!

W drodze do wschodniej grupy świątyń przyczepia się do nas chłopak – podobno nauczyciel matematyki w szkole podstawowej. Zobaczyłem później w wiosce tę szkołę – ładnie pobielona wapnem lepianka. Żeby jednak nie wydało się, że trafiliśmy na jakąś zabitą dechami wioskę od razu powiem, znajduje się tu również "middle school" a nawet "high school". No, skoro dzieciaki przedstawiają się tu jako "students", to mogą być tu i "high schools"... Khajuraho: świątynia Wamany

Pierwsza napotkana świątynia leży tuż nad brzegiem jeziora Narora Sagar, wygląda na starą i taka jest w rzeczywistości – liczy ponad tysiąc lat. Jest poświęcona ponoć Wisznu, lecz dla zmylenia przeciwnika zwana jest świątynią Brahmy. Druga świątynia – Wamany – znajduje się na wysokiej platformie (adhishsthana), ozdobiona jest smukłą sikharą w kształcie cygara. O ile zwykłe kształty świątyń hinduistycznych i buddyjskich już mi się opatrzyły, to wciąż jestem pełen zachwytu dla urody tych wydłużonych ogórkowatych sikhar. Na schodach świątyni przez chwilę rozmawiam z amerykańską parą. Byli tu trzydzieści lat temu, pewnie w podróży poślubnej, teraz chodzą po okolicy i szukają wspomnień. Romantyczne, prawda?

Kolejna świątynia – Javari – stojąca pośrodku łąki budzi we mnie uśmiech. Bo oto mam przed sobą zabawny obrazek: niby polska swojska łąka, krówki prawie jak nasze, choć nie łaciate, poletko z kukurydzą, kilka PGR-owskich zabudowań w tle i bach! Na środku łąki 900-letnia świątynia...
Nie muszę dodawać, że liczba rzeźb i ornamentów przypadająca na jeden metr kwadratowy w ostatnich świątyniach jest nie mniejsza niż w grupie świątyń zachodnich! Khajuraho: świątynia Nath

W dalszej wędrówce przez wioskę towarzyszy nam dwójka chłopaków. Cały czas chcą nam coś pokazać, a to szkołę, a to świątynię. Ja z zaciekawieniem zaglądam na szkolne podwórko, niestety wszystko jest pozamykane. Na ulicy świnie ryją w odpadkach, psy się wygrzewają na słońcu, spokój, niedzielne popołudnie. Bezustanny ruch trwa natomiast w świątyniach dżinijskich. Przed skromnym budynkiem Śanti Nat (Shanti Nath Temple) odpoczywa para kamiennych lwów. Wewnątrz – marmurowy posąg tirthankary kojarzący mi się z postaciami egipskich faraonów (tu oprócz butów trzeba zdjąć również skarpety), a dalej nieduży dziedziniec.

Z drzwi naprzeciwko miejsca, w którym stoimy rozbrzmiewa śpiew i słychać dźwięki bębnów i dzwonków. Podchodzimy. Wewnątrz ciemnego pomieszczenia jeszcze ciemniejszy posąg tirthankary, jego nienaturalnie długie ramiona sięgają kolan, pierś ozdabia śriwatsa – znak najwyższej wiedzy i zarazem znak serca boskiej osoby. Tirthankara patrzy wprost przed siebie, wokół głowy widoczny jest nimb. U stóp statuy, przy niskim stoliku siedzą mnisi i mniszki. Palą kadzidełka, częstują się jakimś jedzonkiem, a przy okazji grają i śpiewają sobie. Jaka to miła scenka... Starsza kobieta podchodzi do progu świątyni, klęka, uderza czołem o ziemię, później śpiewa i modli się. Nie przeszkadzamy już. Khajuraho: tirthankara, świątynia Nath

Idziemy do następnej świątyni – Parśwanata (Parsvanath Temple). I tu jest na co popatrzeć. Oprócz stałych elementów znanych już z zachodniej grupy świątyń – mitycznych potworów, przytulających się par, widzę wspomnianą w Lonely Planet postać kobiety wyjmującej kolec z nogi, oraz postać kobiety nakładającej sobie makijaż osmolonym patyczkiem. Jest również inna modnisia przeglądająca się w brązowym lusterku i poprawiająca pukiel włosów. Brak tu natomiast scen z Kamasutry. Ta erotyczna powściągliwość w figuratywnym przedstawianiu życia jest ponoć charakterystyczna dla świątyń dżinijskich.

Jest i trzecia świątynia – Adinata (Adinath Temple) poświęcona pierwszemu tirthankarze, jednak nadmiar widzianych przeze mnie rzeźb i narastający upał sprawiają, że nie chce mi się podejść do niej tych 10 metrów. W tym kompleksie dżinijskim jest zresztą więcej małych i nowych świątyniek. Dwie ostatnie świątynie wymienione z nazwy przypominają pod względem architektonicznym świątynie hinduistyczne oglądane wcześniej w Khajuraho. Prawdę mówiąc świątyniami dżinijskimi stały się one poprzez prostą wymianę posągów w głównym ołtarzu – na nowe, czarne jak smoła. Skąd o tym wiem? Ano ruszyłem jednak tyłek i polazłem je oglądnąć dokładniej! Opłaciło się, gdyż oprócz wspomnianych czarnych tirthankar odnalazłem kilka erotycznych przedstawień na północnej ścianie mniejszej świątyni. Khajuraho: świątynia Parśwanata

Dobrze, tyle zwiedzania, rezygnujemy z odwiedzin w świątyni Duladeo (nówka, XII wiek!) i wracamy powolutku. Zatrzymuję się na moment pod papuzim drzewem (Butea monosperma). Jego liście tej wiosny jeszcze nie zdążyły na dobre wyrosnąć a czerwone kwiaty już zaczynają przekwitać. Drzewo wprost bucha czerwienią, nie na darmo zwane jest "ogniem lasu". W hotelu z przykrością stwierdzamy, że zostaliśmy już wykwaterowani z pokoju (a więc nici z gratisowej herbaty). W knajpie na dworcu zjadam niesmaczne thali z muchami i popijam kranówą.

Zaczyna się 5-godzinna podróż do Satny, autobus jest malutki, klasy "semi-delux", co jest jawną kpiną zważywszy na odległości między siedzeniami. Są wąskie, jak dla karłów, mieści mi się tylko pół pupy! Ścisk jak zwykle niesamowity, zbieramy po drodze wszystkich chętnych. No i ten upał! W Khajuraho było ze 35oC, ciekawe, czy w Polsce są jeszcze przymrozki?
Droga jest miejscami tragiczna – dziury w asfalcie lub szutrowa nawierzchnia. Ale i tak jest lepiej niż w pamiętnym autobusie do
Moron w Mongolii. W okolicach Panny mijamy rezerwat tygrysów. Jak łatwo się domyślić widzimy całe ich stada, niektóre kociaki skaczą do okna i proszą łapką o jedzenie. A tak poważniej – doszedłem do wniosku, że wytropienie tygrysa w tym, lub w innym parku narodowym to duża sztuka lub przypadek, i nie ma sensu podejmować wysiłku organizacyjnego (i ponosić wysokich kosztów). Odpuściliśmy więc rezerwat w Pannie, zresztą, nastawiamy się na wizytę w Parku Narodowym Chitwan w Nepalu. Khajuraho: świątynia Parśwanata
Chyba wszyscy westernersi jadący z nami posiadają bilety kolejowe do Varanasi, tylko nie my. Martwię się, czy dostaniemy kuszetkę. Aby podnieść nam pozom stresu, kierowca psuje autobus i spędza godzinę pod pojazdem. Japończycy się denerwują, czy ktoś im zwróci za bilety, jeśli spóźnią się na pociąg... Póki co, kupuję na targu pomarańcze i obserwuję życie codzienne w dziurze, w której utknęliśmy. Po godzinie ruszamy i staramy się nadgonić opóźnienie. Nie jest to łatwe, bo jedziemy bocznymi drogami. W mijanych miejscowościach – indyjska bieda. Nędzne chałupy przykryte są często wielkimi taflami łupka – to najtańsze a jednocześnie trwałe pokrycie dachowe. We wsiach kolejki do studni unaoczniają jak wielki jest problem pitnej wody w Indiach. No i śmieci, śmieci, śmieci...

----.----

Jestem teraz na dworcu w Satnie, pociąg jak zwykle się spóźnia. Mamy tylko miejsca w second class, będziemy atakować sleepera. Jeśli się nie uda – czeka nas 9 godzin w tłoku.

----.----

OK, siedzę już w sleeper class w przejściu między wagonami, obok na kocyku rozłożyło się hinduskie małżeństwo. Hanka jest upchana na górnej półce – ktoś wysiadający wcześniej zlitował się nad nią. Heh! Ostatni raz podróżowałem na podłodze zdaje się w 1984 roku w pociągu do Wrocławia. Nie jest źle, chyba że TC (ticket conductor) zacznie mnie przeganiać.

________________________________
*/ kąciciernia, czyli bugenwilla (Bougainvillea Comm.)
**/ plumeria biała (Plumeria alba)
***/ wełniak azjatycki (Bombax ceiba)

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej