Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]


Hotan – Keriya

piątek, 29 VII 2005


Kultura po chińsku | Zasada dziobania na drodze | Chińczyk myje kurę | Bazarowe klimaty: lubię to! | Drogi przez Takla Makan ciąg dalszy | Keriya – kto tu mówi po angielsku? | Meczet i muzułmanie | Gdzie jest Inspekcja Pracy?! | Oburzam się | Moje najbliższe plany | Finanse | Chińczycy zapraszają mnie na żarcie


Hotan: warsztaty rzemieślnicze

Chińczycy są nie do wytrzymania z tym śmieceniem. Wyrzucają śmieci gdzie popadnie, odpadki pod stół, butelki przez okno, pod prysznicem aż kolorowo od opakowań po jednoporcjowych szamponach. Normalny mieszkaniec Europy zbiera łupiny lub skórki na kupkę, i jeśli nie znajdzie kosza – zostawi śmieci przynajmniej w woreczku. Chińczyk zostawi po sobie chlew. Gdy pomyślę, że codziennie przy drodze pojawia się 1.300.000.000 nowych PET-ów – robi mi się niedobrze. Inna przywara Chińczyków – spluwanie i charkanie – przynajmniej w tej części kraju nie jest aż tak bardzo odczuwalna. Ale zdarza się, że elegancka para Hanów wychodzi z hotelu i on "hrrghhh! hhrrhhrg!" na prawo, a ona "krrghhhh! krrrrghhh!" na lewo... Powszechną czynnością wśród mężczyzn jest natomiast palenie; zdaje się, że nie zauważyłem – jak dotąd – ani jednej kobiety z papierosem. Palą wszędzie: na ulicy, w knajpie, także w autobusie. I z pewnością popielniczki to nie chiński wynalazek... Hotan:kup pan kratę!

Jak na razie byłem tylko w małych miastach – nawet Kaszgar ma tylko 400 tysięcy mieszkańców, które czynią go w warunkach chińskich większą wioską. Ale widzę, że tu kodeks drogowy, jeśli nawet istnieje, to jest swoiście pojmowany. Obowiązuje swoista "zasada dziobania". Przed autobusem w każdej sytuacji musi ustąpić furgon, przed furgonem – samochód osobowy, przed nim z kolei – motocykl, riksze i rowery. Piesi zamykają tę listę. Starszeństwo wymuszane jest klaksonem i zdecydowanymi manewrami. Na przeciętnej ulicy nie istnieje pojęcie pasów ruchu: pojazdy wymijają się raz z prawej, raz z lewej strony. Powszechna jest jazda pod prąd i skręcanie w lewo przed centralną wysepką na skrzyżowaniu z ruchem okrężnym. Kierowcy trąbią na wszystko, co się rusza a na pustej drodze – ot tak, dla przyjemności. W miastach, takich jak Hotan czy Kaszgar, komunikacja miejska jest dobrze zorganizowana i tania. Co prawda brak rozkładów jazdy na przystankach, a i same przystanki są czasem wirtualne, ale autobusy kursują często – przynajmniej na głównych trasach. Alternatywą dla komunikacji zbiorowej są riksze, motoriksze i oczywiście taksówki, które trąbią i podjeżdżają do każdego turysty. Mi jednak najbardziej spodobał się transport motocyklowy. Panowie w kaskach gromadzą się na postojach lub krążą po ulicach w poszukiwaniu klienta. Kobiety-pasażerki, ze względów obyczajowych, siadają nie okrakiem, lecz bokiem, lekko tylko przytrzymując się kierowcy. Hotan: mały Ujgur

Życie w dzielnicach handlowych jest hałaśliwe i barwne. Sprzedawcy wrzeszczą, dostawcy towarów trąbią ile wlezie by się przecisnąć do straganu. Przestrzeń wypełnia niesamowita mieszanka zapachów z kuchni. Biały dym znad rusztów, na których przypiekana jest kukurydza i baranie szaszłyki unosi się nad ulicą przypominając mi atmosferę placu Jemma el Fna. Czy nie boję się ulicznego jedzenia? W zasadzie nie. Choć, gdy zobaczyłem jak pożółkłe ze starości kurczaki są odświeżane w miednicy z brudną wodą... Inna rzecz, że od wczoraj czuję dziwny ciężar w żołądku...

Dziś w drodze na dworzec Lop odkryłem "stary bazar". Przejeżdżałem tędy wczoraj, ale cały świat był zasłonięty strugami deszczu. Przy placu stoi meczet obstawiony stoiskami z pieczonymi baranami i kobietami handlującymi czymś mlekopodobnym w słoikach. Pomimo tego bazarowego zgiełku można odnieść wrażenie, że handlarze nie narzekają na nadmiar klientów. Często jednak praca sprzedawcy jest łączona z przygotowywaniem na miejscu towaru do sprzedaży: kury są zarzynane, skubane i patroszone, barany są obdzierane ze skóry, mięso ćwiartowane i wieszane na hakach. Muszę powiedzieć, że widok kilkudziesięciu głów owiec na stosie jest smutny. Na innych straganach przekupki łuskają orzechy włoskie. Później połówki są zgrabnie układane w piramidki na miseczkach i w tej postaci oferowane chętnym. Często przekupka ma ze sobą niemowlę lub podrośnięte dziecko, które jest już w stanie jej pomóc przy pracy. O tej porze – jest wczesny ranek – spotyka się śpiących sprzedawców na prowizorycznych leżankach lub na kartonach, pewnie przyjechali ze swym towarem z daleka i pozostają na bazarze do chwili pozbycia się ostatniego owocu. Ale wystarczy odejść nieco od tego zgiełku, a już życie zwalnia tempa. Mężczyźni siedzą w kucki przy drodze, rozmawiają lub grają w karty. Wyciągają przed dom łóżko, przygotowują herbatę i zapraszają sąsiadów na popołudniową sjestę. Hotan: małe Ujgurki

Droga do Qiemo. Autobus wyrusza prawie pusty, za miastem dosiada się tylko kilku pasażerów. Jedziemy porządną drogą przez pustynię. Według miejscowego czasu jest godzina 10:00, lecz słońce wciąż nie jest w stanie przedrzeć się przez warstwę niskich chmur. Wzdłuż drogi, co sto metrów, rozstawione są tablice informujące o niebezpieczeństwie zabłądzenia w niezmierzonej płaskiej przestrzeni. Szosa wymaga nieustannej troski – w okresie deszczu woda wypełnia uedy, wylewa się tworząc szerokie rozlewiska podmywając nasyp, po którym poprowadzona jest droga. Dlatego przez cały czas trwają prace zabezpieczające: z użyciem koparek sypane są wały ochronne wzdłuż szosy. Nie wiem, ile godzin będziemy jechać do Qiemo. To 560 kilometrów, Pascalu piszą o dwóch dniach. Zobaczymy.

Trochę etnografii. Ujgurzy witają się na różne sposoby. Dziś zauważyłem taki: młodszy wyciąga jedną rękę, starszy obie, obaj pochylają się i delikatnie dotykają połówkami dłoni. Zwykle zaś jeden lekko nakrywa dłoń drugiego. Keriya: meczet

Na dworcu w Keriyi jakiś szczeniak zamyka moje okno i opuszcza zasłonki. Opieprzyłem go. Kierowca woła mnie do siebie i każe wyjść, pokazując na migi, że to koniec drogi na dziś. Trzeba poszukać sobie hotelu, i przenocować. A zatem Pascal nie kłamał... Idę więc za resztą pasażerów do dworcowego hotelu. Właściciel chce mi dać jedynkę z gigantycznym łożem, ja jednak protestuję i daję się położyć z dwójką Chińczyków podróżujących – co jest rzadkością – turystycznie (20 CNY). Zostawiam plecak w pokoju i idę "na miasto".
Keriya, czyli Yutian, to kolejne starożytne miasto na Jedwabnym Szlaku. Jednakże nic o nim nie wiem – Pascal milczy na jego temat. Najłatwiej zapytać kogoś, co tu jest interesującego. Ha, ha... zapytać można... No nic, oni są zupełnie odporni na angielski. W sąsiednim hotelu pytam o internet podając nazwę angielską i w pinyin. Panienka nie reaguje. Natomiast chłopcy na ulicy wskazują sąsiedni budynek... ROTFL! Oczywiście, znów mam problemy z ustawieniami Internet Explorerze, jak tu po chińsku ustawić akceptację cookies?! OK, w Polsce wciąż przepychanki w Sejmie i w afery polityczne. Dobrze, że jestem z daleka od tego. W ogóle nie myślę o polskich sprawach, wyjątek – rzecz jasna – to Beata i Sergiusz.

Po drodze, obok chińskiej poczty, trafiam na posterunek policji. Policjanci, jak to policjanci – ani me ani be po angielsku. Zapraszają do siebie, coś tam do mnie mówią, szczebioczą po swojemu, śmiejemy się głośno. Jeden z nich ma matkę Rosjankę, zna może dwa słowa po rosyjsku. Heh, a ja chciałem z nimi pogadać o historii miasta i zabytkach! Na szczęście wszyscy znamy również słowa "meczet" i "bazar", które po ujgursku brzmią tak samo jak po polsku dzięki arabskim korzeniom. Keriya: slumsy Mam więc co zwiedzać przez najbliższe dwie godziny. Szef policji bierze mnie do radiowozu i trąbiąc na wszystkich zawozi mnie pod meczet. Dziś jest piątek i właśnie ze świątyni wychodzą tłumy wiernych. Aż biało od czapek, turbanów i chałatów! Sam meczet względnie nowy, chociaż na dziedzińcu znacznie starsze drewniane podcienia. Wylewająca się z bramy rzeka mężczyzn kieruje się ku bazarowi. Niektórzy kupują owoce, inni żywo gestykulując rozmawiają ze swymi znajomymi. Daję się ponieść temu tłumowi... Wzdłuż drogi otoczonej barami i straganami płynie rzeka. Nadzy chłopcy kąpią się w jej brudnych wodach...

Przez mostek dostaję się na drugą stronę, krążę po krytym bazarze, pełno tu warsztatów krawieckich, mechanicznych, zegarmistrzowskich; jest tu szewc, spawacz i dentysta. Akurat grzebie w zębach Tadżykowi w wysokiej futrzanej czapie, której – pewnie z przyzwyczajenia – nie zdjął. Heh, dobrze, że poszedłem do dentysty przed wyjazdem... Warunki pracy są tu okropne. Ja tu nie chcę mówić o obozach pracy laogai, patrzę na to, jak pracują tu w Keriyi jej mieszkańcy: w warsztatach jest ciemno, duszno, brak warunków sanitarnych. Siedzi taka kobiecina w ciemnym korytarzu, zawoalowana cała i wytęża wzrok w swoje ściegi; kowal, cały wypaprany, rozgrzał właśnie jakiś żelazny detal, kuje zapamiętale w swej dusznej kanciapie... Te, dopiero co wyprodukowane towary, trafiają na inne stragany prowadzone przez jakichś wujków czy kuzynów.

Zgłodniałem. Idę do knajpy przy meczecie, pokazuję – jak zwykle – palcem, co chcę zjeść. Chinka przynosi mi łyżkę do kluseczek z mięsem: jestem oburzony! Biorę pałeczki i jem po swojemu ;-) W połowie posiłku poddaję się jednak – te kluseczki są wyjątkowo śliskie!
Keriya: muzułmanie "Moi" Chińczycy z pokoju trochę się spóźnili, przynieśli z sobą kilka kilogramów jakichś ćwierćszlachetnych kamieni. Później przez godziny o nich rozmawiają. Geolodzy, czy co? Tej przerwy w podróży do Qiemo nie przewidziałem. Ale nie szkodzi: jeszcze jedno miasto na Jedwabnym Szlaku. Dziś przeczytałem mejla od Jacka: wrócił do Kaszgaru nie otrzymawszy wizy pakistańskiej. Jedzie do... Golmudu południowym szlakiem. Zabawne... teraz ja go wyprzedzam o kilka dni.

No, dobrze. Mój plan na najbliższe dni jest taki: jechać uparcie do Golmudu prosto przez Ruoqiang lub dookoła przez Dunhuang (wówczas zwiedzam Mogao Ku). Stamtąd pociąg do Xiningu i trasa Małgosi Manieckiej do Chengdu. Dojazd do Golmudu to powiedzmy dwa-trzy noclegi, potem 7 dni do Chengdu. Po oglądnięciu Leshan i Emei zostałoby mi 12 dni w Chinach. W sam raz na dotarcie do Pekinu, wyskok nad Morze Żółte i wyjazd do Manzhouli. Heh! Żeby tylko dało się mi ten plan zrealizować... O boże, jestem dopiero 7.5 dnia w Chinach, to 1/4 czasu jaki tu mam spędzić, a czuję się jakbym był tu już miesiąc! Czy przetrwam ten czas? Hm, przede wszystkim nie zakładałem, że będę sam. Ale – przynajmniej jak na razie – nie doświadczam jakichś zasadniczych problemów z tym związanych. po drugie: na razie nie byłem w Chinach lecz w Kraju Ujgurów. Na tyle mnie zauroczyli swoim wyglądem i islamskimi akcentami, że jestem skłonny wybaczyć im zawyżanie cen. Po trzecie – poznawałem Chiny inne od tych, które widzą klienci LogosTouru i większość trampingowców jadących transsibem do Pekinu. Keriya: muzułmanin

No, dobrze, ale sam kraj? Hm... kraj biedny i prymitywny w tej części. Komórki i dostęp do internetu to maleńki przejaw zmian na lepsze. Gospodarka, przemysł, rolnictwo i handel prowadzone są tu tradycyjnymi metodami. Ale jak mówię – główny atut regionu – to ludzie. To tyle w podsumowaniu. Leżę w swym byle jakim hoteliku, na zewnątrz miejska szczekaczka podaje lokalne wiadomości. W pokoju jest brudno a umyć się nie ma gdzie. Chiny...
Aaaa... byłbym zapomniał o jeszcze innym rodzaju podsumowania – finansowym, Otóż przez 8 dni wydawałem średnio 100 CNY dziennie. Myślę, że 40 zł na podróżowanie spanie, jedzenie i zwiedzanie to nie tak dużo. Określałem wstępnie wydatki na 10-15 USD/dzień i jak na razie mieszczę się w tych granicach. Mongolię przeżyłem taniej. Rumunię po 10 EUR/dzień. Chyba nikt mi nie może zarzucić, że jeżdżę na drogie wycieczki!

I jeszcze jeden suplement do dnia dzisiejszego. "Moi" Chińczycy wyciągnęli mnie na jedzenie. Wzbraniałem się jak mogłem – dopiero co zjadłem obiad. Zapowiedziałem, że tylko chcę herbatę, oni zamówili bóg wie ile jedzenia, zaczęli mnie częstować. Niezbyt udawało mi się wykręcać od tego próbowania – a jedliśmy wszyscy z jednej misy – była jajecznica z pomidorami, wołowina z papryką i ryżem, makaron z grzybami, zupa z jakąś trawą... Potem jeszcze sesja zdjęciowa pod pomnikiem Mao i Korban Toluma. W hotelu wcisnęli mi swoje adresy, zaprosili do siebie. Wieczór spędzili przed TV: czarno-biały Winnetou przemówił po chińsku...


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej