Niezwykłe noce

Gdy kończy się dzień pełen wrażeń i podekscytowani wracamy do hotelu, mamy w pamięci obrazy egzotycznych miejsc, ciekawych spotkań i wydarzeń. Ale z wyjazdów przywozimy również wspomnienia niezwykłych, innych niż pozostałe, nocy.

Noc bez brzasku

Noc bez brzasku

Noc bez brzasku

Noc bez brzasku

Do Abisko dotarliśmy wieczorem. Byliśmy chyba jedynymi pasażerami wysiadającymi na tej maleńkiej stacyjce. I tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy to jeszcze Szwecja czy już Norwegia. Wokół nas rozciągały się Góry Skandynawskie. Odległe szczyty pokryte były śniegiem, choć przecież był to sierpień. Nie było jednak zimno, słońce wychylało się wciąż zza chmur i ogrzewało nam twarze.

Sprawdziliśmy rozkład jazdy na następny dzień, zajrzeliśmy nad wodospad z hukiem spadający ze skał i podreptaliśmy w stronę skrytego w zagajniku lapońskiego skansenu. Oglądaliśmy drewniane chatki o różnym przeznaczeniu, akcesoria myśliwskie i traperskie. Pilnie zapisywałem ich długaśne nazwy w języku Saamów.

Weszliśmy głębiej w las. Tu było cicho i spokojnie. Wyszukaliśmy w miarę suche miejsce i rozbiliśmy nasz maleńki namiot. Słońce pochylone wciąż nisko wcale nie miało ochoty schować się za horyzontem. Byliśmy przecież kilka stopni geograficznych na północ od koła podbiegunowego. Miała to być nasza pierwsza noc bez zachodu i bez brzasku. Na taką noc czekaliśmy, przyjechaliśmy tu po to, by przeżyć coś wyjątkowego.

W końcu chmury zakryły całe niebo, w lesie zrobiło się ponuro. Zagotowałem wodę na kuchence, Sylwia zrobiła kanapki, wypiliśmy herbatę. Była północ, wciąż widno, choć znacznie się ochłodziło. Wskoczyliśmy w ubraniach do śpiworów, by zdrzemnąć się na kilka godzin.

Rano zbudziły nas ptaki. Niebo nadal było zachmurzone, rozgrzała nas herbata. Po śniadaniu poszliśmy szukać reniferów. Były! Pasły się na łące, kilka sztuk w odległości może 20 metrów. O, jakże byłem zadowolony z tych widoków!

Noc w ruinach

Zasiedzieliśmy się u Fatimy. Miło było. A zaczęło się od niewinnego: "Do you want tea?". Wstąpiliśmy całą trampingową grupką do domu Syryjczyków, później rozsiedliśmy się w ogrodzie przy stoliku zastawionym świeżymi i suszonymi owocami i ciastkami. Na zakończenie wieczornej herbatki przekazałem nestorce ładną grafikę z krakowskim kościołem mariackim.

Darek rzucił hasło noclegu w ruinach. Nie wszystkim się to spodobało, odprowadziliśmy małżeństwo do hotelu w centrum. A sami - biorąc tylko najpotrzebniejsze rzeczy - przeszliśmy na teren starożytnego miasta. Noc była jasna, księżyc oświetlał mury i kolumnady. Po cichutku przemykaliśmy w kierunku amfiteatru. Z górnego kręgu roztaczał się niesamowity widok na pozostałości stolicy królowej Zenobii. W oddali widoczne były światła wciąż nieuśpionego Tadżmuru.

Mało nabożnie podeszliśmy do miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Były wygłupy na scenie i sesje zdjęciowe. W końcu trzeba było poszukać sobie kącika do spania. Część z nas rozłożyła śpiwory na scenie, pozostali skryli się w cieniu na zapleczu. Wiatr, który na Cytadeli po południu sprawił nam niespodziankę przynosząc burzę piaskową znów zaczął przybierać na sile. Sypał piaskiem, świstał między szczelinami murów. Nie sposób było spokojnie spać. Darek, by uatrakcyjnić nam czas opowiedział o licznie tu występujących skorpionach. Niby się tym nie przejąłem, ale głębiej wcisnąłem się w śpiwór. Rano zaparzyłem wszystkim kawkę. Byli zadowoleni.

Noc na kraterze

Przez dobre dwie godziny kręciliśmy się na górnym parkingu na Wezuwiuszu. Zjadaliśmy resztki zabranego przezornie prowiantu, chodziliśmy w krzaczki za potrzebą. Nie mogliśmy się doczekać zapadnięcia zmroku. Turystów stopniowo ubywało, grupkami schodzili z krateru. Wkrótce kasa została zamknięta a strażnik zawiesił na bramce łańcuch. Teraz, dla odmiany, na parking zaczęły podjeżdżać neapolitańskie parki. Młodzi Włosi przyjeżdżali tu na wieczorne randki, całowali się lub obściskiwali w swych poobijanych samochodach. Staraliśmy się nie zwracać ich uwagi, choć było to trudne - było nas ze trzydzieści osób!

Gdy już zapadły ciemności, Maciek dał sygnał: pozbieraliśmy swoje manele i sforsowaliśmy ogrodzenie otaczające wierzchołek wulkanu. Wąską ścieżką, starając się nie zlecieć ze stromego zbocza wdrapaliśmy się brzeg krateru. Tu, na niewielkiej platformie rozłożyliśmy karimaty i śpiwory. To miał być nasz hotel na tę noc! A widok z niego był doprawdy niezwykły: miliony świateł Neapolu, Pompei i innych miast położonych nad Zatoką Neapolitańską. Nikłe światełka reflektorów samochodów, mrugające hen reklamy na wieżowcach... I sygnalizacyjne światła statków na kotwicowisku.

Najpiękniejsze było jednak przed nami. Traf sprawił, że na Wezuwiuszu znaleźliśmy się 15 sierpnia - akurat w dniu święta Matki Boskiej. A że Włosi to naród katolicki i skłonny do zabawy - zaczęły się pokazy sztucznych ogni. Jak zaczarowani wpatrywaliśmy się w tę feerią kolorów i kształtów.

Opowiadając o urokach trampingu zwykle przytaczam tę opowieść. Żadne normalne biuro podróży nie zorganizuje takiego noclegu!

Noc na pustyni

Pomysł spędzenia nocy na pustyni musi się wydać atrakcyjny, dla każdego trampingowca. Akurat tu, w Wadi Rum, turyści często korzystają z takiej atrakcji nocując w przygotowanych specjalnie dla nich namiotach u Beduinów. My jednak zamierzaliśmy spędzić noc całkiem na dziko. Dżip, prowadzony przez Jordańczyka znającego tylko słowo "photo", dowiózł nas do spokojnego zakątka przy wejściu do skalistego wąwozu.

Rozłożyliśmy się początkowo u podnóża 10-piętrowej skały. I tam właśnie strzelił mi do głowy głupi pomysł, by wspiąć się na nią bez zabezpieczeń. Podpisałem stosowne oświadczenie, że biorę odpowiedzialność na siebie i ruszyłem. No... tym razem udało mi się, zszedłem cały i usatysfakcjonowany.

Nocleg zaplanowaliśmy na skalnej półce, kilka metrów nad ziemią. Na szczęście w okolicy nie brakowało wyschniętych, cherlawych krzaków i szybko udało się nam zgromadzić spory zapas opału na ognisko.

O zmierzchu wybrałem się wraz z Beatą do oddalonego o parę kilometrów obozowiska Beduinów. Nie zostaliśmy zbyt miło przyjęci, zaoferowali nam niezbyt smaczną wodę. Droga powrotna odbywała się w ciemnościach. Gdy już myśleliśmy, że przyjdzie nam błąkać się do rana po pustyni, ujrzeliśmy ognisty punkcik w oddali. Czas do północy spędziliśmy przy ognisku. Gdyby nie nasze współczesne ubrania, sceneria przypominałaby obóz ludzi pierwotnych.

Noc na jeziorze

Wracaliśmy z wyspy Kiżi, gdzie znajduje się niezwykły skansen wsi rosyjskiej. Przed oczami wciąż mieliśmy niesamowite drewniane cerkwie: Przemienienia Pańskiego i Pokrowską. Zapadł zmierzch i większość osób schowała się w przytulnych wnętrzach jachtu. Na zewnątrz panowało przenikliwe zimno. "Arktos" zmagał się z silnym wiatrem i rosnącą falą. Wpłynęliśmy do długiej, kilkudziesięciokilometrowej Zatoki Kondopożskiej.

Sasza w ciemnościach wypatrywał charakterystycznych miejsc na brzegu. Widać, było, że rzadziej pływał po tej części Onegi. Gdy udawało mu się odnaleźć właściwy kierunek, przyspieszaliśmy skacząc po falach. Powoli mijały godziny. Rozmowy w kajucie przycichły, niektórych zmorzył sen.

Gdzieś koło trzeciej w nocy przez jacht przebiegł potężny wstrząs i dało się słyszeć zgrzytanie dna o podłoże. Utknęliśmy na mieliźnie. Silnik wył bez ustanku, Sasza wychylony za burtę sondował dno. Przerażone dziewczyny wciąż się dopytywały, czy wyjdziemy z tego cało, czy nie zatoniemy. Nasz kapitan długo, bardzo długo, kręcił sterami i manewrował silnikiem, w końcu udało się zejść z mielizny.

Rozbudzeni, nie zasnęliśmy już do świtu. W oddali zamajaczyły kominy zakładów papierniczych w Kondopodze. To była ciężka noc...

Noc u Ujgurów

Gairat okazał się naprawdę gościnny. Zagadał do mnie na dworcu autobusowym w Ałmacie, a gdy się dowiedział, że jadę w stronę granicy chińskiej - zaprosił mnie do siebie. Już po drodze obaliliśmy pierwszą ćwiartkę wódki (za wstreczu, za nas, za zdorowe), choć uczciwie należy przyznać, że chłopak popił już wcześniej.

Późny obiad, podany przez jego matkę, zjedliśmy na dywanach patio w jego domu, w Żarkencie, i ruszyliśmy w odwiedziny do kolegów młodego Ujgura. Wszędzie powtarzał się ten sam schemat: stakanczik wodki i zakąska. W końcu, już po zmroku, dotarliśmy do domu jego brata. Ten ostatni ledwo już trzymał się na nogach.. Zaczęli się kłócić o jakieś pieniądze i o to, u kogo będę spał. Koledzy Gairata, którzy nam towarzyszyli rozdzielili braci i poszliśmy do knajpy. Tam mieliśmy spędzić najbliższe godziny. A ponieważ ja piwa nie piję - znów zadysponowano wódkę. Gdzieś koło pierwszej czy drugiej ktoś skoczył po samochód, wpakowaliśmy się w siódemkę do rozklekotanej wołgi i kierowca - zdaje się jeden z nas - porozwoził biesiadników po domach.

Znużony ległem na naprędce przygotowanym posłaniu na podłodze i usiłowałem zasnąć. O trzeciej przywlókł się brat Gairata, znów zaczęli się kłócić i naparzać. Do awantury włączyła się matka próbując uspokoić bijących się synów. O świcie zwlekliśmy się z wyrek, dałem w prezencie starej Ujgurce cepeliowską szkatułkę i podziękowałem za gościnę. Gairat kupił jeszcze w kiosku "setkę", wypił (ja dyskretnie wylałem) i zapakował mnie do "znajomej" taksówki. Po dwóch godzinach byłem w Chinach.

Noc w autobusie

Dzień chylił się ku wieczorowi. Autobus wyładowany pasażerami i bagażami powoli przemierzał mongolski step. Upchnięty między 25-letnim mężczyzną a stertą pakunków tarasujących przejście siedziałem w niewygodnej pozycji już od trzydziestu godzin. Podróż z Ułan Bator nad jezioro Chubsuguł przeciągała się. Tych 500 kilometrów mieliśmy przejechać teoretycznie w osiemnaście godzin, jednak stan techniczny pojazdu nie ułatwiał jazdy. Kilka razy zmienialiśmy koło, zaliczyliśmy też urwanie rury wydechowej przy przekraczaniu potoku.

Mój sąsiad wciąż przysypiał opierając głowę na moim ramieniu. Obdarowywałem go wówczas solidnymi kuksańcami, budził się i prostował nogi wpychając je między moje. Grzegorz, skurczony na tylnej kanapie był w nie lepszej sytuacji. By opuścić autobus musiał wyskakiwać przez okno.

Mijały monotonnie godziny. Autobusem trzepało na wszystkie strony, trudno w Mongolii o dobre drogi. Trach! Kolejny przystanek w trakcie nocnej jazdy. Pękła kolejna, ostatnia dętka w przednim kole. Kierowca z pomocnikiem przełożył koło z tylnej osi, dalej jechaliśmy na trzech oponach z tyłu. Za kolejnym zakrętem reflektory wyłuskały z ciemności grupę obozujących tu mnichów. Ich pomarańczowe szaty wyglądały nieziemsko w tej przymglonej scenerii.

Gdzieś, o północy usłyszeliśmy przeraźliwy zgrzyt i autobus stanął. Rozsypała się skrzynia biegów. Na wymęczonych pasażerach nie zrobiło to już wrażenia. Kilka nadchodzących godzin spędziliśmy w kataleptycznym odrętwieniu, bezwolni i bezsilni. Nad świtem dotarł do nas posłaniec z częściami zamiennymi. Po szybkiej naprawie, w ciągu godziny dojechaliśmy do Moron. Jak nieżywi legliśmy na kanapie w jurcie kierowcy..

Noc na dachu

Zapadał zmierzch w Maalouli. W domach zawieszonych na stokach wąskiej doliny zabłysły światła. Z megafonów umieszczonych na kilku minaretach rozlegał się głos muezina. Jakby dla kontrastu w kilku na kościele świętej Tekli i szczytach kilku domów rozjarzyły się chrześcijańskie krzyże. To właśnie z powodu tej chrześcijańskiej enklawy przybyliśmy do tego miejsca. Miejsca niezwykłego również z tego powodu, że mieszkańcy mają szczątkową znajomość języka aramejskiego.

Wieczór nas zastał na skałach wąwozu prowadzącego do kościoła św. Sergiusza. Darek i Bogdan opróżniali butelkę maaloulskiego wina. Wcześniej zwiedziliśmy oba interesujące kościoły obrządku wschodniochrześcijańskiego. Koło 20.00 przenieśliśmy się na taras tuż przy głównej ulicy, który był w istocie dachem budowanego na zboczu domu. Perspektywa spędzenia tu nocy nie wszystkim się podobała. Po kolacji złożonej z placków, owoców, moich konserw i trzech win, Darek rzucił hasło "przewietrzenia się". Poszliśmy we trójkę: Darek, Beata i ja. Po drodze zaliczyliśmy meczet, właściwie jego wychodek. Szliśmy tak coraz wyżej w górę doliny od czasu do czasu odwzajemniając pozdrowienia od mieszkańców szykujących się do snu.

Było już po północy, gdy przemykaliśmy się przez pogrążone w mroku uliczki. Zaułki, pasaże, jakieś bramy... Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, gdzie i dokąd idziemy. Darek, widząc jakiegoś mężczyznę wchodzącego do domu, zawołał po polsku "Gdzie idziesz, koleś?" a Beata dorzuciła "Masz herbatę?". Po chwili siedzieliśmy wraz ze śliczną 25-letnią żoną Syryjczyka przy stole zastawionym owocami i ciastkami. I oczywiście pojawiła się butelka araku. Pod koniec imprezy wypiliśmy bruderszaft - cóż to będzie za odkrycie dla etnologów badających syryjskie zwyczaje!

Wracając krętymi i mrocznymi uliczkami napotkaliśmy na jakiś wąwóz czy parów. Napotkany miejscowy Arab próbował nam pomóc się przedostać. Chcąc pozbyć się "opiekuna" ruszyliśmy znów wąwozem, ku świętemu Sergiuszowi. Zaczepki syryjskiego chłopaka, który zaczął się przystawiać do Beaty, były coraz bardziej nachalne. Był zresztą tak napalony, że o darmowy seks prosił później Darka. Uciekliśmy. Powrót przez wąwóz na "nasz" dach był jeszcze trudniejszy ;-) Darek cztery razy padał i cztery razy się podnosił. Gdzieś koło trzeciej dotarliśmy do pozostałych trampingowców. Rozłożyłem karimatę i jakoś przebiedowałem do rana.

Noc u stóp Himalajów

Do Dardżylingu dotarliśmy późnym wieczorem. Ciężka to była podróż, dżip był przeładowany, mżyło, a na dodatek w górach dopadła nas gęsta jak mleko mgła. Pomocnik kierowcy szedł przed samochodem i sprawdzał drogę prowadzoną nad kilkusetmetrowym urwiskiem...

W mieście panowały ciemności. Jak i w innych regionach Indii i Nepalu, tutaj również brakowało prądu. Nieliczni sprzedawcy wystawili świeczki w oknach. Tu i ówdzie grupki mężczyzn grzały się przy wystawionych na ulice koszach z żarzącym się węglem. Szybciutko poszukaliśmy sobie hotelu i poszliśmy na nocne zwiedzanie. A właściwie na krótki spacer zakończony obfitą kolacją w restauracji.

Pokój hotelowy był przeraźliwie zimny. Ale trudno się dziwić, była połowa marca a miasto położone jest na wysokości ponad 2.000 metrów n.p.m. Poprosiliśmy o dwa wiadra z gorącą wodą i te przenośne kaloryfery ustawiliśmy przy łóżkach.

Noc była wyjątkowo krótka: o czwartej zapukał do nas właściciel, mówiąc, że taksówka czeka. Wraz z kilkoma Nepalczykami i hiszpańską parą zapakowaliśmy się do dżipa i pojechaliśmy za miasto na Tiger Hill (2.590 m n.p.m.). Tu, w stale powiększającej się grupie turystów, oczekiwaliśmy na wschód słońca nad Kanczendżengą. Starsze Nepalki kręciły się z termosami i zachęcały: "Czai, czai!, kofi, kofi!" a przed nami - jak okiem sięgnąć - rozciągały się góry. Jeszcze szare, uśpione, ciche... Ale wkrótce wychyliło się słońce i na potężnej ścianie Himalajów pojawiły się i pierwsze pomarańczowe refleksy. Miło wspominam te widoki i okrzyki zachwytu.

Noc w krematorium

Pierwszą podróż chińskim nocnym autobusem odbyłem tydzień wcześniej. Poznałem więc uroki jazdy na wąskich i krótkich leżankach. Tym razem jechałem z Xiningu, stolicy prowincji Qinghai do Xiewu, miejscowości położonej na Wyżynie Tybetańskiej. Autobus był pełen Tybetańczyków, a po drodze dobieraliśmy kolejnych pasażerów. Moja leżanka była na piętrze, na końcu pojazdu. Dla dodatkowych pasażerów zrobiono dostawki w przejściach, też na dwu poziomach, tak że leżała nas piątka w jednym szeregu. I wszystko by było w porządku, gdyby nie to, że Tybetańczycy palą jak smoki. Autobus wkrótce po opuszczeniu miasta wypełnił się dymem zamieniając pojazd w krematorium na kółkach. Tak, byłem wtedy za rozszerzeniem kary śmierci w Chinach dla palaczy! Dusiłem się i męczyłem. Z jednej strony atakowało mnie prażące zachodnie słońce, z drugiej - chiński smród.

Po kilku godzinach droga skręciła bardziej na południe, zaczęły się coraz wyższe góry pokryte soczystą zielenią kontrastującą z burymi krajobrazami Gansu i Xinjiangu. Wygodna droga pięła się coraz wyżej, na 110 kilometrze pokonujemy przełęcz 3578 m n.p.m. Wzrokiem bezskutecznie szukałem ośnieżonych wierzchołków, ale wiedziałem, że muszę się uzbroić w cierpliwość! Wieczorem zajechaliśmy do jakiejś dziury z knajpą, miałem okazję do poprzeglądania się dość niesympatycznym chińskim zwyczajom: charkaniu i sikaniu w miejscach publicznych.

Dalszą jazdę utrudniały roboty drogowe. Zauważyłem już wcześniej olbrzymi rozmach chińskich inwestycji, prace były prowadzone na długości kilkuset kilometrów. I, co ciekawe, także w nocy. Co kilka kilometrów światła autobusu wyłaniały z mroku prowizoryczne obozy dla robotników, brygady Chińczyków wylewały beton na nowe przęsła, układały z głazów wzmocnienia poboczy, rozkuwały skały.

Po raz pierwszy byłem w tak wysokich górach. Żałowałem, że panujące wokół ciemności nie pozwalały na rozkoszowanie się widokami. Niepostrzeżenie przejechaliśmy przez Madoi, w tej okolicy ma swe źródła rzeka Huang zwana z polska Żółtą... Po północy minęliśmy Bayan Har Shankou - przełęcz położoną na wysokości 5100 metrów. To wyżej niż Mont Blanc... Autobus szarpał i podskakiwał, nie potrafiłem zmrużyć oka. Przelatywaliśmy bez zatrzymywania przez nieliczne wioski z domami ozdobionymi kolorowymi cegłówkami i buddyjskimi chorągiewkami. Od czasu do czasu zamajaczyła na zboczu biała stupa...
Nad ranem dotarliśmy do Xiewu.

Zakończenie

Kończę tę wyliczankę Takich nocy "innych niż zwykłe" było oczywiście więcej. Opisałem kilka, które bardziej zapadły w pamięci. Ale mógłbym wspomnieć o Plaiul Foii, gdzie załapałem się na całonocną imprezę, o przegadanej z Mołdawianami nocy na dworcu w Galati, o nocy spędzonej na schodach kościoła w Watykanie i pod mostem w Rzymie.
Prawdę mówiąc wszystkie noclegi podczas trampingu po Włoszech były "nienormalne": na plaży, na stacjach benzynowych.

Sporo noclegów podczas moich trampingów spędziłem "na pokładzie": jadąc nocnym pociągiem, autobusem lub promem. Takich noclegów uzbierało się całkiem sporo! Co trzeci był w ruchu. wynikało to nie tyle z rozkładu jazdy (chociaż i tak się zdarzało), ile z mojego stylu intensywnego podróżowania. Po prostu zawsze chciałem jak najwięcej zobaczyć.

Miło wspominam też noclegi "u ludzi". Były to zaproszenia w gościnę od przypadkowych osób, choćby od Thomasa z Dusseldorfu, który nas zgarnął z autostopu do siebie, także szereg noclegów u esperantystów (Pasportas Servo).

Powrót