O pieniądzach

Pieniądze
Gdybym miał pieniądze!

Spotykam się często ze stwierdzeniem: "Ach, gdybym miał pieniądze, to bym podróżował!". Z chęcią przyłączam się do tych głosów. Tak! Gdybym ja miał pieniądze, to też bym podróżował! Niestety, muszę podróżować nie mając pieniędzy. Zanim ktoś mi wykrzyczy: kłamiesz, twoje wyjazdy musiały sporo kosztować, to chętnie przybliżę temat finansowej strony moich wypraw i ogólnie znaczenia pieniędzy. Zacznę od dochodów. Pierwsze moje zagraniczne wojaże miały miejsce w okresie studiów doktoranckich. Milion, a potem dwa miliony złotych stypendium, to była forsa, nie ma co! Oczywiście, dorabiałem korepetycjami, dzięki nim mogłem kupić swój sprzęt audio-wideo, a później odłożyć 300 dolarów na autostop po Europie Zachodniej. Później przyszła praca w państwowej firmie, zarabiałem około 60% średniej krajowej. Ile wynosi dziś ta średnia - sami wiecie. Kokosów z pewnością się nie dorobiłem.

O samoograniczaniu, czyli albo-albo

Cała rzecz polega w moim wypadku na odmiennej strukturze wydatków. Odmiennego stylu życia niż u większości trzydziestolatków i czterdziestolatków. Przede wszystkim żyłem i żyję bardzo skromnie. Oszczędnie. Nie stać mnie na wiele różnych przyjemności. Nie mam samochodu, nie kupuję markowych ciuchów i żywności z górnej półki. Nie palę i nie piję alkoholu. Nie bez powodu piszę o tym, gdyż statystyczny Polak wydaje na te używki około 800 złotych rocznie. Palący i lubiący puby trzydziestolatek - trzy razy tyle. A utrzymanie samochodu (nie mówiąc o jego amortyzacji) to kolejne 3000-5000 złotych. To moje samoograniczanie jest kwestią wyboru, przyzwyczajeń, po części potrzeb. A także i konieczności, nie będę ukrywać. Ale w konsekwencji taki styl życia pozwalał mi na przeznaczenie na wakacyjny wyjazd pewnej kwoty. Muszę to wyraźnie podkreślić: coś za coś! Albo-albo. I powiem jasno: gdybym wszystkie pieniądze wydane na dziesięć ostatnich trampingów chciał przeznaczyć na samochód, to nie byłbym w stanie kupić nawet auta w średniej klasie! Tak, te wszystkie Irany, Nepale, Chiny i Indie kosztowały znacznie mniej niż można sądzić! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak wielu jest dobrze zarabiających Polaków, których stać nie tylko na wygodne i dostatnie życie, ale i na podróże.

Tanie podróżowanie

Przejdźmy teraz do wakacyjnych wydatków. Otóż, nieprzypadkowo moją "ulubioną" formą turystyki jest tramping. I nieprzypadkowo ostatnie moje wyjazdy skierowane były na Wschód. Świat jest wielki i oferuje gigantyczną wprost ilość atrakcji turystycznych. Wybieram to, na co mnie stać i to w odpowiedniej formie, czyli "going on budget". Tramping jest naturalną formą podróżowania dla osób niskobudżetowych a jednocześnie umożliwia najbliższy, najbardziej bezpośredni kontakt z innymi kulturami, z innymi ludźmi. Zaś Azja to raj dla indywidualnych turystów. A jak to konkretnie wygląda? Wydaję dziennie 10 do 15 dolarów lub euro. Ceny tych walut w ciągu ostatniej dekady mocno się zmieniały w stosunku do złotego i do siebie, ale ten poziom wydatków można przyjąć za normę.

Gdzie by się przespać?

Koszt noclegu waha się od 2 do 15 dolarów. Tyle zwykle płaciłem za swój nocleg. W Europie były to kempingi, domki kempingowe i schroniska. W Azji - tanie hoteliki. Znaczną część noclegów spędziłem "na pokładzie", czyli jadąc pociągiem lub autobusem. Prawie co trzeci nocleg był w ruchu! Była to bardziej konieczność związana z intensywnością podróżowania niż konieczność wynikająca z rozkładu jazdy. Czasami korzystałem z zaproszeń do domu. Paradoksalnie - były to "najcenniejsze" noclegi! Nigdy nie rezerwowałem noclegów poza Polską. Żartuję zwykle, że nie umiem rezerwować, ale prawda jest taka, że to zupełnie zbędna czynność. Zawsze znajdzie się jakieś miejsce do spania. Wystarczy mieć parę adresów wynotowanych z sieci lub zapytać kogoś na ulicy. W wielu miastach tanie hotele i hostele grupują się przy jednej ulicy lub w jednym kwartale; wystarczy przejść się kawałek. Parę razy zdarzyło się, że nie było miejsc w jakimś hotelu lub cena była za wysoka. Kilka kroków dalej znajdowałem alternatywę. Rzadko kiedy byłem przymuszany sytuacją do korzystania ze zbyt drogiego hotelu. Prawda, raz poszalałem: w Yinningu spałem w jedynce i to ze śniadaniem, LOL! Kosztowało mnie to aż 120 juanów (15 USD), ale nie miałem już sił na dłuższe poszukiwania po 10 dniach drogi z Polski do Chin bez jednej spokojnej nocy! Często-gęsto hotelowi naganiacze proponują swe usługi już na dworcu, gdy przybywasz do ich miasta. A czasem jeszcze w autobusie, jak to miało miejsce w drodze do Khajuraho. Nie należy z definicji odrzucać ich propozycji, trzeba po prostu znać lokalne ceny i wyłowić tę najkorzystniejszą ofertę i lokalizację. Najlepiej, by napisali na kartce cenę za pokój i pokazali na planie miasta położenie hotelu. Bo wszelkie "very cheap" i "very close" mogą się okazać nieprawdą. Zaletą takich ofert jest również gratisowy dowóz do hotelu. A jeśli na miejscu się rozczarujemy - bez skrępowania należy podziękować i szukać czegoś na własną rękę. Hotelarz, widząc takie zachowanie, czasem opuszcza cenę, nic więc nie tracimy. Ja osobiście nie stawiam wygórowanych wymagań co do warunków noclegowych. Byleby woda i dostęp do prądu był. Najczęściej i tak śpię w jednym miejscu tylko jedną noc, w razie dłuższego pobytu, można się przenieść gdzie indziej. Raz tylko zdarzyło mi się podwyższyć standard: w cabanie Podragu uciekłem ze zbiorowej pryczy do sali z indywidualnymi łóżkami.

Jedzonko na ulicy

Nigdy nie korzystam z hotelowego jedzenia. Zakupy śniadaniowe robię w sklepikach, obiad zjadam "na ulicy" lub w knajpie dla krajowców. Taki posiłek kosztuje grosze. Wyjątkiem jest oczywiście Skandynawia: pamiętam, jak kiedyś długo zastanawiałem się, czy kupić chleb za kilkanaście złotych, czy nie. Jak zły sen wspominam też kilogramy konserw, które ładowało się do plecaka, by taniej przeżyć na stopie po Europie Zachodniej. Na szczęście, do Azji konserw i wałówki brać nie trzeba. A jedzenie z krajowcami, wśród localesów, ma same zalety: tanio, oryginalnie, można pogadać, przekonać się, co naprawdę jedzą przeciętni mieszkańcy danego miasta.

Transport jest tani...

W mieście korzystam głównie z nóg i transportu publicznego. W wielu krajach jest on bajecznie tani. W Teheranie bilet autobusowy kosztuje 200 riali, czyli 7 groszy, autobus w Pekinie 2 juany, czyli 80 groszy. Korzystam z taksówek rzadko. Wbrew obiegowym opiniom, opłaca się jeździć według taksometru, bez konieczności umawiania się na konkretną cenę. A jeśli już się umawiać - to trzeba znać lokalne ceny i na wszelki wypadek zapisać ustaloną cenę na kartce. Z taksówkarzami trzeba ostro postępować, lubią naciągać białasów. Podobnie z rikszarzami - często mają za nic wcześniejsze ustalenia. Nie korzystam z wynajmowanego transportu: nawet tam, gdzie turyści indywidualni zwykle decydują się na wynajęcie środka transportowego. Przykładem niech będzie Mongolia, w której obyło się bez wynajmowania dżipa na całą trasę - korzystaliśmy z różnych okazji: od stopa, przez dżipy po zwyczajne autobusy. A trzeba podkreślić, że przejazd autobusem bywa znacznie tańszy niż w Polsce: 1000-kilometrowa trasa (jak Ustrzyki Górne-Świnoujście) w Iranie kosztuje 9 USD. Wszelkie "mini-objazdówki" organizowane przez hotele są zwykle wielokrotnie droższe niż samodzielnie zorganizowany przejazd. Chciałbym przy okazji przestrzec przed pozostawianiem na ostatnią zakupu biletów kolejowych w Rosji na długie trasy. Bywa tak, że w ostatnim dniu dostępne są tylko bardzo drogie bilety w kupe z usługami. Mimo sporej odległości między Polską a niektórymi krajami azjatyckimi prawie zawsze decydowałem się na podróż drogą lądową. Wariant dłuższy, ale po drodze też można sporo zobaczyć i przeżyć, Na temat taniego kupowania biletów lotniczych nie będę się wymądrzał - mam małe doświadczenie. Ale patrząc na oferty tanich linii lotniczych, kiedy przelot kosztuje tyle, co bilet autobusowy z Krakowa do Warszawy - trudno się oprzeć pokusie.

Zwiedzanie i zakupy, czyli o naciąganiu

Póki mogłem i gdzie mogłem korzystałem z legitymacji ISIC i ITIC. Czasem daje się coś zwiedzić bez płacenia - przychodząc poza godzinami oficjalnego otwarcia, korzystając z mniej oficjalnych wejść lub wciskając jakiś kit bileterowi. Trampingowcy niskobudżetowi często uciekają się do różnorodnych sposobów ograniczenia wydatków: wpraszania się w gości, sępienia żarcia na imprezach, wydębiania nie do końca należnych zniżek na wstępy lub przejazdy. To również kosztowanie owoców z sadu, noclegi na terenie czyjejś posesji. Różnie można to oceniać, taka jest jednak praktyka trampingowego życia. Ale to raczej margines w moich wyprawach. Podstawą jest znajomość lokalnych cen i umiejętność ich negocjowania. Nie dorabiam tu teorii, że "ujmą na honorze dla Araba jest brak targowania się". Mi wystarczy, że zejdę w negocjacjach do ceny jak dla krajowca, nie muszę bardziej łupić sprzedawcy lub przewoźnika! Z pewnością znane jest wam to niemiłe uczucie, gdy człowiek się zorientuje, iż znacznie przepłacił. Na drugi plan schodzi wówczas strata finansowa, skupiamy się na poczuciu bycia oszukanym, zrobionym na szaro. Do takich wpadek można podchodzić z dystansem, z humorem, tłumacząc sobie: "a niech tam sobie zarobi, biedniejszy jest!". Mam odmienną opinię na ten temat. Przepłacanie jest złe, Łatwy zarobek tubylca wykorzystujący niewiedzę turysty jest niemoralny a co najważniejsze - w konsekwencji takie praktyki źle się odbijają na turystyce w ogóle: przybysz traktowany jest jako dojna krowa. Alternatywą jest, jak wspomniałem, znajomość lokalnych cen i praktyczna sztuka targowania się. Przestrzegam jednak przed bezkrytycznym przyjmowaniem informacji nawet "z pierwszej ręki" od walizkowych wczasowiczów korzystających z biur podróży. Najczęściej mają oni całkowicie wypaczoną wiedzę na temat realnych kosztów przejazdu taksówką z lotniska do centrum, opłaty za wynajęcie przewodnika czy cen popularnych pamiątek. Gdy utargują 10% są w siódmym niebie, tubylec zaś skrywa radość, że wielokrotnie zawyżył cenę. Jeleni nie brakuje. Każdy, kto zna wartość pieniądza - także zarobionego własną ciężką pracą - potrafi dostrzec sens uczciwej transakcji. Uczciwej, czyli opartej na umiejętnym przekonywaniu drugiej strony do akceptacji własnej ceny i stopniowym dochodzeniu do kompromisu. Sztuczki, czy wybiegi psychologiczne nie są przeze mnie odbierane jako oszukiwanie: to składnik negocjacji. A zatem: nie pokazujemy, na czym nam zależy najbardziej, nie deklarujemy ile możemy zapłacić, nie staramy się przedstawiać jako osoby dysponującej dużymi pieniędzmi. To oczywiście elementarz targowania się, dobrze znany turystycznym wyjadaczom. Kilka uwag na ten temat przedstawiłem w relacji z Mongolii. Ale wybór postawy podczas zakupów zależy od ciebie: jeśli chcesz poszpanować kasą przed towarzyszącą ci dziewczyną - twoja wola. Oczywistą zasadą jest unikanie pośredników i płacenia bakszyszu za niechciane usługi. Sytuacje, kiedy opłaca się korzystać z pośrednictwa są wyjątkowe.

W oczekiwaniu na świt pod Annapurną

Gdy stałem na szczycie Sarangkot i czekałem na wschód słońca pod Annapurną, rozmawiałem ze starszą panią, która wybrała się na objazdówkę z Logostour po Indiach i Nepalu. Powiedziała, że te trzy tygodnie będą ją kosztować 11 tysięcy złotych. Mnie całość kosztowała ponad 3 razy mniej (3.000 zł) a widziałem dwa razy więcej (trasa, program). Jestem więc sześciokrotnie tańszy ;) Ostatnio widziałem ofertę trampingu po Mongolii - 13.000 złotych za trzy tygodnie. Nasza, ponadmiesięczna (z dojazdem) wyprawa kosztowała 5 razy mniej. Rozumiem, że każdy kraj można zwiedzać drogo lub tanio. Ale w Mongolii nie ma dużego wyboru dróg i jedzenia. A hoteli nie da się przywieźć ze sobą z Europy samolotem. Nie widzę powodu, by płacić wielokrotnie więcej za zbliżone warunki wyjazdu. Że mniej stresów i większe zmęczenie? Ale za to ile przygód! Zdaję sobie sprawę z tego, że nawet 3.000 złotych może być dużym wydatkiem dla kogoś. Ale można wybrać się gdzieś bliżej - choćby do Iranu. Dojazd kosztuje 2 x 100 USD, na miejscu wyda się kolejne 200 USD, w sumie razem z wizą miesięczna wyprawa może kosztować około 500 dolarów. Ja miałem Iran za 2.100 złotych (dolar w tamtym czasie po 4.2zł!): 30 dni i 16.000 kilometrów przygód. Wiem. Można mieć przygodę i w Jastarni płacąc za dwutygodniowe wczasy 2.500 złotych. Po świecie da się podróżować znacznie taniej niż ja to robię. Cezar potrafił objechać Albanię za 85 dolarów, inni artyści potrafią dolecieć do Wenezueli za 500 złotych. I to właściwie tyle: dużo tu było o pieniądzach, ale pieniądzom ten watek był poświęcony. Pieniądze faktycznie są najważniejsze w życiu wielu osób. Ale często przeceniają ich znaczenie. To, o czym pisałem jest skierowane do tych spośród nich, którzy uważają, że egzotyczne podróże muszą dużo kosztować.

Powrót

stat4u